Jadąc przez Dojczland

kzarecka

2007-10-03

dojczland_160Za dwa dni, a dokładnie rzecz ujmując 5 października, na rynku pojawi się nowa książka Andrzeja Stasiuka, o której autor powiedział: - Jest to opowieść o niełatwym losie literackiego gastarbajtera. Pełna jest celnych obserwacji, błyskotliwych refleksji oraz niewyszukanego humoru. A najkrócej jak tylko można - "Dojczland". Można jednak też nieco dłużej, czyli - sto siedemnaście niemieckich miast, sześćdziesiąt dworców, siedem lotnisk i jeden autor. Myślę, że do sięgnięcia po tę publikację, nie muszę zbytnio zachęcać. Z pewnością prawie każdy wie, że warto.




Artur Madaliński ("Polityka"): - Andrzej Stasiuk, piewca bezdroży Albanii, wielbiciel rumuńskich paradoksów i entuzjasta bałkańskich przestrzeni, napisał świetną książkę o Niemczech, kraju, który we wszystkich możliwych aspektach jest przeciwieństwem zapoznanych obszarów środkowo- i wschodnioeuropejskich. "Dojczland" nawiązuje do najlepszych prozatorskich osiągnięć pisarza, zwłaszcza do świetnego "Jadąc do Babadag" - podróż jest tu przede wszystkim metodą konstruowania własnej tożsamości i pretekstem do snucia opowieści. "Dojczland" nie jest powieścią, nie jest również klasycznym esejem. Od strony kompozycyjnej jest raczej dość luźno zszytym zbiorem fragmentów, których spoiwem są Niemcy widziane okiem polskiego pisarza. Stasiuk, pochylając się nad niemieckością, dotyka kwestii niezwykle delikatnych, porusza struny, które często wybrzmiewają fałszywymi dźwiękami ksenofobii, wzajemnych uprzedzeń i kompleksów. Próżno by jednak szukać tu tonów nadmiernie poważnych, "Dojczland" to proza ironiczna, w wielu momentach zaskakująca świeżością spojrzenia i dystansem wobec skomplikowanych polsko-niemieckich relacji.

Przemysław Czapliński o książce: - Osnowa fabularna tej książeczki - śmiesznej, a zarazem melancholijnej - jest prosta: od kilkunastu lat Andrzej Stasiuk jako pisarz odbywa tury objazdowe po krajach niemieckojęzycznych. Czyta, odpowiada na pytania, wraca do hotelu, rano wsiada w pociąg, idzie na spotkanie, czyta, odpowiada na pytania, wraca do hotelu.

Fragment
W Stuttgarcie na dworcu stary mężczyzna dał mi kartkę z kalendarza: "Piątek, piąty sierpnia dwa tysiące pięć". Na kartce był cytat z Pierwszej Księgi Samuela: "Zatrzymaj się teraz, bym ci oznajmił słowo Boże". Potem odszedł. Widziałem, jak idzie w głąb dworcowej hali i próbuje obdarowywać następnych. Wysoki, chudy, siwy i powolny wśród spieszącego się tłumu. Niektórzy brali, ale większość omijała go, tak jak omija się tych wszystkich rozdawaczy ulotek o taniej pizzy i wyprzedażach.
Byłem piąty dzień w drodze i nie mogłem się zatrzymać. Musiałem jechać do Tybingi. Stuttgarcki dworzec przypominał bukaresztański Gara de Nord. Brakowało tylko ochroniarzy przeganiających bezdomnych i dzieciaków wąchających klej. Reszta była bardzo podobna. Tak mi się wydawało. Byłem piąty dzień w drodze i musiałem szukać podobieństw, żeby zachować równowagę. Musiałem w Stuttgarcie przypominać sobie Bukareszt, by lepiej zapamiętać Niemcy. W każdym razie wyjście na perony było bardzo podobne. Na Gara de Nord kupiłem kiedyś czarną bandanę we wzór złożony z dziesiątków maleńkich, białych kościotrupów. Kościotrupy uprawiały seks we wszystkich możliwych pozycjach. Jechałem w deltę Dunaju i zapomniałem czapki, więc musiałem kupić bandanę. Ale teraz czekałem na pociąg do Tybingi. Stary mężczyzna w dworcowej ciżbie wyglądał jak prorok wołający na puszczy. Wyciągał dłoń z kartką, czekał chwilę na reakcję, potem cofał ją i ruszał dalej.
Pociąg był w rodzaju tych podmiejskich, zatłoczony. Jechali sami młodzi. Byłem najstarszy. Potem wsiadł facet w skórzanej kurtce. Pod pachą miał nowe tablice rejestracyjne. Wyjął telefon i zaczął mówić po serbsku, może po chorwacku, w każdym razie jakoś tak stamtąd. Wyciągnął nogi daleko przed siebie i mówił, mówił, mówił. Próbowałem patrzeć na pejzaż, ale Serb, czy może Chorwat mnie rozpraszał. Gadał, jakby był u siebie, jakby czas nie istniał, jakby siedział gdzieś w cieniu, popijał, palił i mądrzył się o polityce, naturze świata i motoryzacji. Za oknem był bawarski listopad, a ja czułem bałkańskie lato. Jakiś Belgrad, Tivat, w każdym razie tamte strony z ich gadatliwością, lenistwem i tupetem. Na nogach miał rozdeptane pantofle i skarpetki ze sztucznego tworzywa. W końcu przestał mówić, bo akurat była stacja, na której wysiadał.
Wiozłem przez Niemcy wszystko, co wcześniej widziałem. Musiałem zabrać ze sobą te wszystkie rzeczy, żeby poradzić sobie z trzydziestoma ośmioma niemieckimi miastami. Trzeba być wcześniej w Tulczy, żeby uporać się z widokiem Frankfurtu nad Menem, gdy pociąg wjeżdża od północy i przez pięć-sześć sekund widać z mostu sploty torowisk, wieżowce i elektrownię, i to jest wielkie, groźne i piękne niczym babilońska alegoria. Trzeba mieć w sercu odciśnięty obraz rumuńskiego stepu, żeby wyjść z tego cało.

Andrzej Stasiuk "Dojczland"; Wydawnictwo: Czarne; Format: 125 x 195 mm; Liczba stron: 112; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-7536-005-9

KaHa

Tagi: Andrzej Stasiuk, Dojczland, książka, publikacja, autor, polityka, czarne, przemysław Czapliński, Artur Madaliński, fragment, książeczka, Jadąc do Babadag,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany