Przyjdź, wyciągnij mnie

kzarecka

2008-04-18

sztukabyciaela_160Jest noc, a ja nie śpię. Myślę o ciele. O ciele mężczyzny. Przy moim. Nie wolno mi tak myśleć. Nie wolno tęsknić. Tęsknota jest okrutna. Tęsknota jest reklamą, która nie dotrzymuje obietnic. Związek oznacza wysiłek. Trzeba iść na kompromis. Nie chcę ani się wysilać, ani iść na kompromis. Chcę żyć. Dzika, wolna, szalona. Bez obietnic, które okażą się nic niewarte. Które mnie usidlą. Dadzą fałszywe poczucie bezpieczeństwa. To fragment "Sztuki bycia Elą". Książki Johanny Nilsson. Ciepłej opowieści o 26-letniej Eli i jej problemach. Historii, która wzrusza. Właśnie dlatego dumnie staję w szeregu czytelników, którzy stwierdzili: - Tylko Nilsson ma jako takie pojęcie, że życie jest przerąbane.


Mam słabość do dłoni. Powinny być długie i szczupłe, ale jednak znacznie większe od moich, żeby je pomieściły, powinny też być suche, ciepłe, bez obgryzionych paznokci, o żywej gestykulacji.
- Jedną latte! - powtarza młodzieniec.
Napotykam jego spojrzenie. Jest zirytowane.
- Oczywiście, przepraszam, rozmarzyłam się - mówię z czarującym uśmiechem, którym nie daje się oczarować.
Ponurak. Nie dostanie w ogóle piany. Poza tym wcale nie ma żywych rąk. Tylko parę nudnych sztywniaków, które dawno temu straciły umiejętność bycia spontanicznymi.
Płaci i odchodzi, pewnie nigdy więcej go nie zobaczę. To mnie napawa strachem. Mimo że nie był miły, napawa mnie to strachem.
Powinno istnieć prawo zabraniające ludziom spotykać się tylko w przelocie.
O szóstej wychodzę do domu. Jestem zmęczona. Zwłaszcza ludźmi. Chciałabym przeżyć jeden dzień na ziemi pozbawionej ludzi. Żeby zobaczyć, czy wtedy byłoby łatwiej.
Na klatce schodowej żadnego dziecka. Wspaniale.
Biorę kąpiel w gorącej wodzie z pianą, wślizguję się do łóżka, piję herbatę, a na kolację jem herbatniki z marmoladą, bo oczywiście dzisiaj znowu zapomniałam zrobić zakupy. Wpatruję się w sufit. Kruszę na łóżku. Na górze słyszę kroki sąsiadki i telewizor. Niedługo przyjdzie pewnie też jej chłopak. Będzie hopsasa na skrzypiącym tapczanie. Wtedy nienawidzę miłości na całym cholernym świecie.
Wyciągam rękę i podnoszę słuchawkę. Wybieram numer do Domu. Po jednym sygnale odpowiada kobiecy głos z taśmy:
- Nie ma abonenta o takim numerze. Proszę sprawdzić numer i spróbować ponownie.
Odkładam słuchawkę. Telefon dzwoni. To mama.
- Hej, córuniu, jak się czujesz? - pyta.
- Dobrze - odpowiadam. - Tylko jestem trochę zmęczona. Przed chwilą wróciłam z pracy.
- Miałaś duży ruch?
- Tak.
- Tak się zastanawiałam, dlaczego tak długo się nie odzywasz.
- Nie chcę ryzykować, że ten drugi odbierze.
- Ma na imię Bengt i naprawdę byłabym wdzięczna, gdybyś zachowywała się nieco bardziej dojrzale i przestała o nim mówić "ten drugi"!
- Czy ty jesteś dojrzała, mamo?
- Oczywiście, że jestem! Co za pytanie! Czego właściwie chcesz, Ela? Chcesz zniszczyć tę dobrą relację, jaką jednak mamy?
- Jaką relację?
Mama milknie. Zaraz się rozpłacze. Jestem złośliwa. Wiem o tym. Nie mogę się powstrzymać. Nienawidzę tego drugiego. Poznała go trzy lata temu. Znaczy dla niej więcej niż wszechświat, który wspólnie z tatą zbudowali, żeby potem wspólnie go zniszczyć.
Odłamki lodu. Wszystko staje się odłamkami lodu.
- Musisz się z tym pogodzić - mówi mama, po czym klepie frazesy na mur beton wzięte z jakichś psychoduchowych poradników typu poznaj-siebie-samego, które połyka, nie rozwijając się ani odrobinę.
Powtarzam "hm" i "mm", aż mama w końcu zdaje się wierzyć, że przyznaję, że muszę się z tym pogodzić. Nie mam siły na dalsze złośliwości. Kocham ją przecież. Tatę też kocham. I mojego brata. To jest właśnie najgorsze. Inaczej mogłabym mieć wszystko gdzieś i pójść przed siebie. Po lodzie. Położyć się na dnie koło pociętych odłamkami lodu mew, które przynajmniej umarły młodo. Zostać notatką w gazecie, kiedy mnie wyłowią (policjanci, nie mewy):

MŁODA KOBIETA PORANIONA LODEM UTOPIŁA SIĘ. PRAWDOPODOBNIE POPEŁNIŁA SAMOBÓJSTWO WSKUTEK DŁUGOTRWAŁEJ DEPRESJI WYWOŁANEJ BRAKIEM RODZINY.

Może nawet załapię się na migawkę w lokalnych wiadomościach telewizyjnych:
- Zwłoki młodej kobiety znaleziono dzisiaj w wodzie przy Kungsholms Strand - powie reporter poważnym głosem. - Wszystko wskazuje na samobójstwo, gdyż kobieta napisała list, włożyła go do wodoszczelnego pojemnika i przytwierdziła do ciężkiego łańcucha, którym się owinęła. Kobieta pisze, że była samotna i czuła się wykluczona ze społeczeństwa, gdzie miarą normalności jest posiadanie rodziny. Poważnie kwestionuje rodzinę nuklearną jako normę, a jednocześnie pisze, że tęskni za rodziną, do której kiedyś należała. Zostawia więc po sobie podwójne przesłanie. Jej rozwiedzeni rodzice powiedzieli w wywiadzie, że była zagubioną młodą dziewczyną, która…
- Ela! Halo! Słuchasz mnie?
Mama usuwa telewizyjny obraz z mojej siatkówki.
- Jasne, że słucham.
- To co o tym sądzisz?
- Zgadzam się z tobą.
- Naprawdę? Ale się cieszę! A myślałam, że odmówisz. Och, Bengt tak się ucieszy. Pomyśl tylko, spędzimy teraz święta wszyscy razem jak wcześniej. Tyle że będzie nas trochę więcej. Tak, Erik i jego nowa kobieta…
- Ona ma na imię Gunilla.
- Tak tak, no to ta Gunilla, Kaj, Veronika, Alexandra i noworodek. Wspaniale, nie uważasz? Jak myślisz, będzie chłopiec czy dziewczynka?
- Obojnak.
- Ela!
Mama zaczyna płakać. Zaciskam powieki. Mocno zaciskam powieki i tak ściskam słuchawkę, że aż knykcie bieleją i sprawiają ból.
- Przepraszam - szepczę do słuchawki. - Przepraszam, mamo. Ja tylko żartowałam.
Mama pociąga nosem i trochę się uspokaja. Rozmawiamy jeszcze chwilę o świętach i żegnamy się.
- Cholera!
Wstaję, miotam się po mieszkaniu, zdzieram tapety w moim miejscu do darcia za obrazem, biorę kij bejsbolowy i walę w poduszki, pot ze mnie spływa, męczę się, osuwam się na podłogę w kałużelę, nienawidzę siebie, nienawidzę mamy, taty, Kaja, Veroniki, Alexandry, przyszłego noworodka, nie, noworodka nie, nic mi nie zrobił, jest cudem, kocham to maleństwo, chcę być przez kogoś kochana, kochać się z kimś, ciało krzyczy, daj mi mężczyznę, daj mi usta, ręce, członek, ale tego nie dostaję, trzymam za to w rękach nożyczki.


Nożyczki

+ Włosy

+ Niekontrolowany strach
_____________________

= Strzyżenie na zapałkę

Potem siedzę skulona na pokrytej włosami podłodze i płaczę. Jestem idiotką, łysą idiotką, łysolką. Jutro muszę pójść do sklepu z perukami i kupić cholernie drogą perukę, na którą mnie nie stać. Chyba będę musiała obrabować ten sklep. Uciążliwe. Muszę coś zrobić ze swoimi impulsami. Pójść na terapię "powstrzymać-moje-idiotyczne-impulsy". Powstrzymać też strach. Powstrzymać wszystko możliwe. Powstrzymać…
Ktoś dzwoni do drzwi. Ale mam dzisiaj powodzenie. Ocieram łzy, wstaję, otwieram szafę, łapię za bluzę z kapturem, którą nakładam na siebie, chowam głowę w kapturze i otwieram drzwi.
Na korytarzu stoi Albin z gorączką w oczach.
- Chodzi o Wąchacza - mówi, rzucając zdziwione spojrzenie na mój kaptur i pewnie nieźle opuchniętą twarz.
- Tak?
- Chciałbym zapytać, czy nie byłaby pani skłonna wyjść z nim na chwilę jutro rano. Jestem trochę chory i od kilku dni nie miałem siły go wyprowadzić. A pani zazwyczaj wychodzi rano na spacer.
Pies. Po którym będę musiała zbierać breję. Który żółtymi sikami zohydza piękny, czysty śnieg. Który zakłóci moją poranną ciszę warczeniem, szczekaniem i ujadaniem. Który będzie chciał obwąchiwać inne psy pod ogonem. Niehigieniczne i krępujące. Który nie myje zębów po obżarciu się surowym mięsem czy co tam psy jedzą. Gdybym miała psa, musiałby zadowolić się wegetariańskim pożywieniem. Nauczyłabym go myć zęby. Nie mógłby sikać na śnieg. I żadnego grzebania pod ogonami innych psów.
- Chyba że nie ma pani ochoty - przerywa Albin moje psie rozważania.
- Nie. Tak. Mam. Oczywiście, że mogę z nim wyjść. Mam wprawdzie lekką alergię, ale to nie powinno przeszkadzać.
Nie mam alergii. Liczę, że wycofa swoją prośbę. Nie może przecież ode mnie wymagać, żebym wyprowadzała jego psa, skoro mam alergię!
- Miło z pani strony - mówi. - Inaczej nie wiedziałbym, do kogo się zwrócić. Pani jest jedyną, która uprzejmie kłania mi się na schodach.
Uśmiecham się i chcę zatrzasnąć drzwi. On uśmiecha się i sprawia wrażenie, jakby chciał podejść bliżej. Pochyla się lekko do przodu. Przygląda mi się. Przyjaznym spojrzeniem. Ale zmęczonym.
- Jak się pani czuje? - pyta.
Wzruszam ramionami i wzdycham. Chcę wtulić się w jego objęcia. Wtulić się w cokolwiek, co da mi większe poczucie bezpieczeństwa, niż sama sobie daję. Jedna ręka wślizguje się pod kaptur. Drapię się, bo mnie swędzi. Podąża za moją ręką. Na czole pojawiają się zmarszczki.
- Nie mam wszy, jeśli pan tak myśli, ani raka, musiałam tylko się ostrzyc i wyszło trochę za krótko.
- Aha - mówi, a kąciki ust drżą mu z rozbawienia.
Moje też drżą. Są bliskie wpadnięcia w płacz. Albin serdecznie się uśmiecha. Jest zbyt miły. Nie daję rady. Szybko kończę rozmowę. Ustalam godzinę. Mówię "do widzenia". Zatrzaskuję drzwi. Osuwam się na podłogę. Tonę w strachu. Wkładam pięść do ust, żeby wycie nie dotarło do jego uszu.
Niech ktoś przyjdzie i mnie wyciągnie.

Johanna Nilson "Sztuka bycia Elą"; Wydawnictwo: Replika; Tlumaczenie: Paweł Pollak; Format: 120 x 200 mm; Liczba stron: 285; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-60383-42-1

Tagi: Johanna Nilson, Sztuka bycia Elą, książka, fragment,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany