Rycerski Sapkowski

kzarecka

2008-05-30

swiatkrolaartura_160Po opublikowaniu trzynastu opowiadań o wiedźminie Geralcie, zebranych w tomach "Ostatnie życzenie" i "Miecz przeznaczenia", po rozpoczęciu zakrojonej na wiele ksiąg sagi z Geraltem i młodą wiedźminką Ciri w rolach głównych, Andrzej Sapkowski, AS polskiej fantastyki, wraca do korzeni gatunku. Przed Państwem nowe wcielenia Sapkowskiego: prowokującego eseisty zakochanego w legendzie o rycerzach Okrągłego Stołu i błyskotliwego interpretatora historii o miłości, która przetrwała wieki. "Świat króla Artura. Maladie" to oczywiście nie nowość od Andrzeja Sapkowskiego a kolejne wydanie tej publikacji. Ale, ale! Dla fanów i miłośników gatunku to bez znaczenia.


O książce - Bogów jest wielu i mają wiele imion. Ale jest tylko jedna Bogini… Wielka, Biała, Potrójna – Ona to Graal!
W eseju "Świat króla Artura" i w mikropowieści "Maladie" o drugoplanowych statystach love story Tristana i Izoldy, którzy stawiają opór przeznaczeniu, by zagrać o własne szczęście, znajdujemy właściwą Sapkowskiemu zuchwałość i dociekliwość. Mistrz akcji i dialogu odsłania tajemnicę swego literackiego powodzenia: wielką fascynację postaciami króla Artura, czarodzieja Merlina, Lancelota, Tristana, Pani Jeziora – grzesznymi i nieśmiertelnymi bohaterami mitu.

Fragment
Bretania, odkąd sięgnę pamięcią, kojarzy mi się z mżawką, z szumem fal, wdzierających się w poszarpaną kamienistą plażę. Barwy Bretanii, którą pamiętam, to szarość i biel. I oczywiście aqua marina, jakżeby inaczej.

Dotknąłem boku konia ostrogą, ruszyłem w stronę wydm, szczelniej otulając się płaszczem. Drobne krople - zbyt drobne, by wsiąkać - osiadały gęsto na tkaninie, na grzywie konia, mętną parą ćmiły połysk metalowych części ekwipunku. Horyzont wypluwał ciężkie, kłębiaste, szarobiałe chmury, toczące się po niebie w stronę lądu.
Wjechałem na pagórek, porośnięty kępami sztywnej, szarej trawy. I wtedy ją zobaczyłem, czarną na tle nieba, nieruchomą, zastygłą jak posąg. Podjechałem bliżej. Koń ciężko stąpał po piachu, wilgotnym tylko cienką, wierzchnią warstwą, pękającą pod naciskiem kopyt.
Siedziała na siwym koniu, niewieścim sposobem, owinięta ciemnoszarą, powłóczystą opończą. Kaptur miała odrzucony na plecy, jej jasne włosy były wilgotne, skręcone, zlepione na czole. Trwając w bezruchu, patrzyła na mnie spokojnym, jakby zamyślonym wzrokiem. Emanowała spokojem. Jej koń potrząsnął łbem, zabrzęczał uprzężą.
- Bóg z tobą, rycerzu - odezwała się, uprzedzając mnie. Głos też miała spokojny, opanowany. Taki, jakiego oczekiwałem.
- I z tobą, pani.
Miała regularnie owalną, miłą twarz, pełne usta o interesującym wykroju, nad prawą brwią znamię lub małą bliznę w kształcie odwróconego półksiężyca. Rozejrzałem się. Dookoła były wyłącznie wydmy. Ani śladu orszaku, wozu, pachołków. Była sama.
Jak ja.
Podążyła wzrokiem za moim spojrzeniem, uśmiechnęła się.
- Jestem sama - potwierdziła niezaprzeczalny fakt. - Czekałam tu na ciebie, rycerzu.
Aha. Czekała na mnie. Rzecz wyglądała interesująco, albowiem nie miałem pojęcia, kim jest. I nie spodziewałem się zastać na tej plaży nikogo, kto mógłby mnie oczekiwać. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- A zatem - zwróciła ku mnie twarz, tchnącą spokojem i chłodem - ruszajmy, rycerzu. Jestem Branwen z Kornwalii.
Nie była z Kornwalii. I nie była Bretonką.
Są powody, dla których zdarza mi się nie pamiętać tego, co wydarzyło się w niedalekiej nawet przeszłości. Zdarzają mi się czarne luki w pamięci. I odwrotnie, zdarza mi się niekiedy pamiętać wydarzenia, co do których jestem prawie pewien, że nie miały miejsca. Dziwne rzeczy dzieją się czasami z moją głową. Czasami się mylę. Ale irlandzkiego akcentu, akcentu z Tary i wzgórz Temair, nie pomyliłbym z żadnym innym. Nigdy.
Mogłem jej to powiedzieć. Ale nie powiedziałem.
Skłoniłem hełm, pięścią w rękawicy dotknąłem kolczugi na piersi. Nie przedstawiłem się. Miałem prawo nie przedstawiać się. Odwrócona tarcza przy moim kolanie była czytelnym i szanowanym sygnałem chęci utrzymania incognito. Obyczaj rycerski zaczynał już na dobre przybierać charakter powszechnie uznawanej normy. Nie był to wcale najzdrowszy objaw, zważywszy, że obyczaj rycerski stawał się coraz bardziej idiotyczny i niemożebnie dziwaczał.
- Jedźmy - powtórzyła

Andrzej Sapkowski "Świat króla Artura. Maladie"; Wydawnictwo: superNOWA; Liczba stron: 216; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-7578-011-6

KaHa

Tagi: Andrzej Sapkowski, Świat króla Artura, Maladie, fragment, książka, opowiadanie,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany