"Może kiedyś to też zniknie, jak strach, który już ją opuścił" - Monika Sawicka o życiu, "Kruchości..." i całej reszcie

kzarecka

2008-08-22

sawicka_160_01Miłość. Plany. Ślub. Dziecko. I nagle... trach! Na Jej plecach łamie się kij od szczotki. Szczotka uderza w plecy z pewną siłą. Napędem tej siły jest On. Przemoc domowa. Każda taka historia przeraża. Jedni o niej nic nie mówią, drudzy szepczą, trzeci krzyczą. Monika Sawicka postanowiła krzyczeć. I tak kilka lat temu na rynku pojawiła się "Kruchość porcelany". Niedawno czytelnicy mogli zaopatrzyć się w kolejne wydanie. Autorka mówi: - Nigdy jednak nie jest tak, że nasze życie jest wyłącznie złe, bez jasnych stron. Wystarczy je znaleźć. Obyśmy zawsze potrafili! Zapraszam do przeczytania wywiadu z Moniką Sawicką.



Katarzyna Zarecka: - Dlaczego postanowiłaś raz jeszcze wydać "Kruchość porcelany"? To już przecież trzecie wydanie. Gdybym nie wiedziała, że piszesz coś nowego, bałabym się, że się "skończyłaś", wypaliłaś, że nie masz pomysłów i odgrzewasz stare.


Monika Sawicka: - To proste. Poprzedni nakład się wyczerpał, a właśnie ta pozycja sprzedaje się najlepiej - poszłam za potrzebą rynku.


Czy "Kruchość…" wciąż jest dla Ciebie najważniejszą powieścią z własnego dorobku?


Była, jest i zawsze będzie. Przeważnie pierwsza książka autora jest dla niego najważniejsza, bo najbardziej osobista, emocjonalna. Bo po prostu… pierwsza. Jak dziecko.


Skąd pomysł na opowiadanie Janusza Leona Wiśniewskiego? Chwyt marketingowy? Opaska z wielkim napisem, że książka je zawiera, z pewnością może przyciągać. Choć moim zdaniem… autor mógł się postarać o coś dłuższego. Te niecałe dwie strony można przeczytać na poczekaniu w księgarni.


Przyjaźnię się z Januszem od ośmiu lat. Stąd pomysł. Pisał rekomendacje moich książek, nadajemy na tych samych falach. "Kruchość…" traktuje o przemocy. Felieton Janusza też. A długości? Czy ona jest w życiu najważniejsza? Mniej często znaczy więcej.


We wstępie napisałaś: - Zuzanna istnieje naprawdę. Informujesz czytelnika również o tym, że nie wszystkie opisane sytuacje przydarzyły się właśnie jej, mnie jednak wciąż chodzi o po głowie – w rzeczywistości wyszła z doliny deszczu, poradziła sobie?


Poradziła, cały czas sobie radzi. Walczy. Każdy dzień jest wyzwaniem. Ale też pomaga innym, spłaca dług. Nareszcie zasypia spokojnie, ale pewne odruchy pozostały, jak na przykład "unik". Gdy ktoś, kto stoi blisko niej, zbyt gwałtownie unosi rękę, Zuzanna się uchyla. Może kiedyś to też zniknie, jak strach, który już ją opuścił.


Dlaczego tak ciemną stronę – maltretowanie, postanowiłaś opisać tak jasno? Czy to ma odzwierciedlać nastawienie (coś w rodzaju: Przetrzymam to, przecież był taki dobry, przejdzie mu, znowu będzie cudownie) sporej części osób, które doznają przemocy domowej?


Nie ma tu mowy o "przetrzymywaniu". Czy to znaczy, że Ty też, jak spora grupa czytelniczek-feministek, uważasz, że moja powieść zamiast motywować do zmian, zachęca do trwania w tej chorej sytuacji? Jeśli tak, to się nie rozumiemy. Ale i też nie winię kobiet, które nigdy się były w takiej sytuacji, bo jej się po prostu nie da zrozumieć. To tak, jakby komuś, kto nigdy nie był głodny, tłumaczyć, czym jest uczucie głodu. To po prostu trzeba przeżyć. Zamknięcie za sobą drzwi nie jest łatwe, choć tak się wydaje. To jedna z najtrudniejszych życiowych decyzji, jaką kobiety maltretowane muszą podjąć. Tak trudna, ze czasem niemożliwa. Nie pytaj mnie, dlaczego. Spytaj bitą kobietę. Spójrz jej w oczy i powiedz: Ty, kochana, skoro jest ci tak źle, to dlaczego nie odejdziesz? Po prostu podejdź do drzwi i wyjdź. Za każdym razem, gdy słyszę takie gadanie, mam ochotę wydrapać takim feministkom oczy. Tę książkę trzeba poczuć. Nie da się jej pojąć rozumem. Trzeba uruchomić emocje. I albo się ją znienawidzi, albo pokocha.

A dlaczego przemoc pokazałam w taki, a nie inny sposób? Bo dosyć nieszczęść każdego dnia nas dotyka. Jeśli coś jest złe z definicji, nie ma potrzeby podkreślania na każdym kroku, że jest złe. Wiemy o tym. Nigdy jednak nie jest tak, że nasze życie jest wyłącznie złe, bez jasnych stron. Wystarczy je znaleźć. Zuzanna umiała je dostrzec, bo chciała zmian, chciała żyć. Bez strachu.


Dyskutowałabym. Przecież Zuza Maks sama stara sobie przypomnieć, że Wiarołomny kiedyś był inny… Twoja książka z pewnością nie zachęca do trwania w takim związku. To jasne. Chodziło mi o to, że większość kobiet na początku stara sobie to jakoś wytłumaczyć. I w tym, nawet krótkim, momencie jest to "przetrzymywanie". Odejść jest trudno, to nawet nie podlega dyskusji. Dlatego Zuzannę należy podziwiać i uwierzyć, że można. Idźmy jednak dalej - to druga publikacja, w której strony udostępniasz debiutantom. To się oczywiście chwali. Napisałaś: - Lubię, gdy ludzie się uśmiechają, cieszą się i są szczęśliwi. Ja jestem, także dzięki temu, że mam szansę patrzeć na Ich radość. Czy w kolejnej książce też będziesz patrzeć, czy może będzie to już w czystej formie tylko i wyłącznie Twoje wywnętrzanie się?


Obecność debiutantów stała się już tradycją i nie zamierzam z tego rezygnować. Oni stali się częścią mnie. Podobno jestem jedyną osobą w tym kraju, która robi coś takiego, jestem pionierem, prekursorem. Dowiedziałam się tego w pociągu, jechałam razem z Witkiem Beresiem - ja na swoje spotkanie, on na swoje i tak od słowa do słowa… wcześniej nie patrzyłam na to w ten sposób - nie zastanawiałam się, po prostu to robiłam.


I co właściwie z tą nową książką – "Szeptem"? Kiedy, o czym? Wspominałaś o niej kilka miesięcy temu i… nadal nic nie wiemy. Pracujesz nad nią, rzuciłaś ją w kąt, rozpoczęłaś nową?


"Szeptem" jest gotowa. Wymaga tylko kilku poprawek. I będzie miała inny tytuł. Faktycznie pracuję nad czymś nowym. Nigdzie mi się nie śpieszy. Zamierzam jeszcze kilka lat pożyć. Mam czas. A czytelnicy zasługują na szacunek - wyrazić go, mogę, dając im dobrą książkę.


Muszę przyznać, że dość odważnym posunięciem było umieszczenie własnego zdjęcia na pierwszej stronie okładki. Ewa Jaworska zrobiła Ci jednak ciekawą sesję i rzeczywiście wstydu nie ma, by jedną z fot rozpowszechnić bardziej. Można rzec, że prawie masz własną "rozkładówkę" (może wreszcie i "Playboy" się zainteresuje; przecież w żartach kiedyś o tym rozmawiałyśmy). Wracając jednak do tematu – pozwoliłaś czytelnikom głosować na kolor okładki. Wybrałaś, moim zdaniem, najlepszy – czarny, a jednak pojawiły się głosy, że to za smutny kolor. Zgadzasz się z tym choć po części?


Co do fotografii na okładce - projekt jak zwykle zrobił Mateusz Szafraniec, niesamowicie zdolny grafik. To był jego pomysł. Miałam wątpliwości, czy nie będzie to zbyt narcystyczne. Ale doszłam do wniosku, że godząc się na okładkę ze swoim zdjęciem, zamknę jedne z drzwi, które od dwudziestu lat były otwarte. W ósmej klasie podstawówki zostałam viceantymiss klasy. Byłam brzydka, bardzo brzydka i pewnie słusznie zajęłam to miejsce. Wybory oczywiście były tajne. Ból pozostał na długie lata. Teraz drzwi SĄ zamknięte.


Czy uważasz, że odniosłaś sukces na scenie literackiej?


Jeśli miarą sukcesu mają być wzruszające listy od czytelników (nie te wynoszące pod niebiosa moją twórczość), to tak. Kiedy pisze do mnie siedemnastolatka bita przez ojca i matkę, myśląca o samobójstwie, okaleczająca się, to czuję, że nie mogę siedzieć bezczynnie i mam ochotę z rozpaczy i bezsilności walić głową w monitor. Uruchamiam wszystkie moje znajomości i próbujemy jej pomoc. Dostaję sporo takich listów, ludzie piszą, że się dzięki moim książkom podnoszą z kolan. Czy to jest sukces? Tak. I wielkie szczęście. Taka radość otulona smutkiem. Śmiech przez łzy. Rozbity uśmiech. I poczucie, że jest jeszcze wiele do zrobienia. Nikt nie powinien być sam. Nie wolno zostawiać drugiego człowieka samemu sobie.


I na koniec zupełnie nie z tej beczki pytam jak nadwrażliwiec nadwrażliwca – co, według Ciebie, jest w życiu najważniejsze?


Wiele rzeczy jest ważnych. Trudno wybrać jedną. Każdy ma inna hierarchie wartości, priorytety. Myślę, że jeśli patrzę na swoje odbicie w lustrze i nie mam ochoty się opluć, a wręcz przeciwnie - potrafię się do siebie szeroko uśmiechnąć - to chyba jest nieźle. Oznacza to, że żyję zgodnie z pewnymi zasadami, mam czyste sumienie i tylko z nim będę się rozliczać. A skoro ono pozwala mi na siebie patrzeć bez obrzydzenia i wstrętu, to znaczy że jest ok. I oczywiście ważna jest miłość. Jak napisał Paulo Coelho w "Czarownicy z Portobello": Miłość nie jest nawykiem, zobowiązaniem ani długiem. Nie jest tym, czego uczą nas romantyczne piosenki. Miłość po prostu jest. Bez definicji. Kochaj i nie żądaj zbyt wiele. Po prostu kochaj. Miłość jest.


Foto: Ewa Jaworska


"Kruchość porcelany" - recenzja


Tagi: Monika Sawicka, Kruchość porcelany, recenzja, wywiad,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany