Parostatkiem piękny rejs

kzarecka

2008-08-28

parostatkiem_w_pi281kny_rejs_160W starym albumie u mego dziadka / Jest takie zdjęcie, istny cud / Płynący w falach, wśród mewek stadka / Statek na parę sprzed lat stu - jakże stary utwór Krzysztofa Krawczyka. To "Parostatek". Jakby autor znał "Najwspanialszy parostatek" (choć teraz tak myślę... czy Philip Jose Farmer w tym czasie miał już na koncie drugi tom z cyklu o Świecie Rzeki?), może ten polski statek brzmiałby ciekawiej. Ach, nigdy się tego nie dowiemy. Sir Richard Burton (bohater, którego mogliśmy poznać w "Gdzie wasze ciała porzucone") to postać historyczna (zatem warto to podkreślić). Jedni uważali go za awanturnika, łotra, bezbożnika, chama, drudzy za najwspanialszego bohatera XIX wieku (przebrany za muzułmanina jako pierwszy Europejczyk zwiedził Mekkę i Medynę). Dość jednak o tym! Mamy książkę - jeszcze ciekawszą niż życie.

O książce - Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. Jednak śmierć nie jest końcem, jest początkiem. Budzi się w dziwnym świecie - ogromnej krainie, będącej doliną nieskończenie długiej rzeki. Krainie zamieszkanej przez wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli i umarli na Ziemi - od neandertalczyków po kluczowe postacie naszej historii.
Wraz z grupką niezwykłych towarzyszy wyrusza w podróż ku źródłom Rzeki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania zasadnicze - czym jest ten świat, kto go stworzył i kto w nim ustanawia prawa. Czytelnika przygniata możliwość spotkania za następnym zakrętem Rzeki osób znanych z historii. Z wypiekami na twarzy czekamy na jaką cywilizację natknie się tym razem Richard Burton i co z tego wyniknie. Jednocześnie cały czas zastanawiamy się co to za kraina i w jakim celu została stworzona?! Pierwszy tom cyklu to właściwie jedno wielkie pytanie o sens życia.

Powieść "Najwspanialszy parostatek" to kontynuacja "Gdzie wasze ciała porzucone". Co tym razem czeka na czytelników?

Fragment
Clemens mruknął coś i zaczął regulować teleskop, obserwując twarz jakiegoś mężczyzny. Z tej odległości i przy pomocy tak słabego przyrządu, nie mógł dokładnie się jej przyjrzeć. Szerokie ramiona i ciemna skóra przypominały kogoś znajomego. Gdzie wcześniej mógł widzieć tę twarz?
Nagle zaskoczył. Mężczyzna był zadziwiająco podobny do słynnego angielskiego odkrywcy, Sir Richarda Burtona, którego fotografię widział na Ziemi. A może było w nim coś, co przypominało tę właśnie osobę. Clemens westchnął i przeniósł wzrok na inne twarze, kiedy statek przesunął się dalej. Nigdy się nie dowie, kim naprawdę jest ten mężczyzna.
Chciałby zejść na brzeg i porozmawiać z nim, dowiedzieć się, czy to rzeczywiście Burton. W czasie dwudziestu lat życia na tej rzecznej planecie, i po tym, jak ujrzał miliony twarzy, okazało się, że Clemens nie odnalazł jeszcze ani jednej osoby, którą by spotkał na Ziemi. Nie znał Burtona osobiście, ale był pewien, że Burton musiał o nim słyszeć. Ten człowiek – jeżeli to był Burton – byłby nicią, nieważne jak cienką, łączącą go z martwą Ziemią.
Nagle, kiedy w polu widzenia zamajaczyła odległa, niewyraźna postać, Clemens wrzasnął wniebogłosy.
– Livy! Mój Boże, Livy!
Nie miał żadnych wątpliwości. Mimo że rysy twarzy nie były zamazane, razem tworzyły porażającą, niezaprzeczalną prawdę. Głowa, uczesanie, figura i niezapomniany sposób chodzenia (tak niepowtarzalny, jak odciski palców) krzykiem wręcz oznajmiały mu, że widzi swoją ziemską żonę.
– Livy! – załkał. Statek przechylił się, halsując, i Clemens stracił ją z oczu. Rozpaczliwie zamachał teleskopem.
Z otwartymi szeroko oczami popędził przez pokład, krzycząc: "Krwawy Toporze! Szybko, tutaj! Pospiesz się!".
Pochylił się nad sternikiem i wrzasnął, żeby zawrócił i skierował statek do brzegu. Grimolfssona początkowo zmroziła jego gwałtowność. Potem jednak zmrużył oczy, potrząsnął głową i wymruczał odmowę.
– Rozkazuję ci! – wrzasnął Clemens, zapominając, że sternik nie zna angielskiego. – To moja żona! Livy! Moja piękna Livy, taka, jak wtedy, gdy miała dwadzieścia lat! Powstała z martwych!
Jakieś kroki zadudniły za jego plecami. Clemens obrócił się i zobaczył jasną głowę, wynurzającą się spod pokładu. Za nią wyłoniły się szerokie ramiona Eryka Krwawego Topora, jego masywna pierś i ogromne bicepsy, a w końcu również, przypominające kolumny, uda, w miarę jak wchodził po drabinie. Miał na sobie ręcznik w czarno-zieloną kratę, szeroki pas, przy którym wisiało kilka krzemiennych noży i olstro na topór. Topór był stalowy, miał szerokie ostrze i dębową rękojeść. O ile Clemens się orientował, stanowił unikat na tej planecie, gdzie jedynym materiałem na broń było drewno i kamień.
Skrzywił się, gdy spojrzał na rzekę. Odwrócił się do Clemensa i powiedział:
– O co chodzi, sma-skitligr? Przez ciebie zmarnowałem ciąg, kiedy zacząłeś wrzeszczeć, jak narzeczona Thora w czasie nocy poślubnej. Przegrałem cygaro do Toki Njalssona.
Wyjął topór z olstra i zamachnął się. Słońce błysnęło na błękitnej stali.
– Lepiej, żebyś miał ważne powody, aby mnie niepokoić. Wielu już zabiłem za dużo mniejsze przewinienia.
Twarz Clemensa pobladła pod opalenizną, ale tym razem nie spowodowała tego groźba Eryka. Wpatrywał się w niego uporczywie, a zmierzwione wiatrem włosy, błyszczące oczy i orli profil sprawiały, że przypominał pustułkę.
– Do diabła z tobą i twoim toporem! – krzyczał. – Przed chwilą widziałem moją żonę, Livy, tam na prawym brzegu! Chcę... Żądam... żebyś wysadził mnie na brzeg, żebym mógł znów z nią być! Boże, po tylu latach, tylu bezowocnych poszukiwaniach! To zajmie tylko minutę! Nie możesz mi tego odmówić, to byłoby nieludzkie!
Topór zalśnił i przeciął ze świstem powietrze. Skandynaw wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Tyle zamieszania przez kobietę? A co z nią? – powiedział, wskazując na drobną, ciemnoskórą kobietę, stojącą obok podstawy wielkiej wyrzutni rakiet.
Clemens pobladł jeszcze bardziej.
– Temah jest wspaniałą dziewczyną. Bardzo ją lubię. Ale to nie jest Livy! – odparł.
– Dość tego – powiedział Krwawy Topór. – Czy uważasz, że jestem równie wielkim głupcem, jak ty? Jeśli odwiozę cię na brzeg, znajdziemy się między ich flotą i wojskiem na lądzie, zmiażdżą nas jak ziarno w młynie Freya. Zapomnij o niej.
Clemens krzyknął jak sokół i rzucił się na wikinga, wymachując rękami. Eryk odwrócił topór i uderzył go obuchem w głowę, powalając na pokład. Przez kilka minut Clemens leżał na plecach z otwartymi oczami, gapiąc się w słońce. Krew spływała z opadających mu na twarz kosmyków włosów. Potem uklęknął i zaczął wymiotować.
Eric, zniecierpliwiony, wydał rozkaz. Temah, spoglądając na niego ze strachem, spuściła do Rzeki wiadro na sznurze. Chlusnęła wodą na Clemensa, który usiadł, a potem, zataczając się, wstał. Temah wyciągnęła drugie wiadro i zmyła pokład.
Clemens warknął na Eryka, który roześmiał się tylko i odpowiedział:
– Ty mały tchórzu, za długo się tu szarogęsiłeś! Teraz już wiesz, co się dzieje, kiedy ktoś mówi do Eryka Krwawego Topora tak, jakby był małym trollem. Masz szczęście, że cię nie zabiłem.
Clemens odwrócił się od Eryka i, zataczając się, podszedł do balustrady, po czym zaczął się na nią wspinać.
– Livy!
Krwawy Topór, przeklinając, podbiegł za nim, chwycił go w pasie i odciągnął od poręczy. Potem pchnął Clemensa tak mocno, że ten znowu upadł na pokład.
– Nie uciekniesz mi w takim momencie – powiedział Eryk. – Jesteś mi potrzebny, żeby znaleźć tę kopalnię żelaza!
– Nie ma... – zaczął Clemens, ale ugryzł się w język. Jeśli Skandynawowie dowiedzą się, że nie wie, gdzie szukać kopalni, jeżeli ona w ogóle istnieje, natychmiast go zabiją.
– Poza tym – kontynuował zadowolony Eryk – kiedy już znajdziemy żelazo, będziesz mi potrzebny, żeby znaleźć Polarną Wieżę, chociaż myślę, że można się tam dostać, płynąc po prostu z biegiem Rzeki. Ale ty masz dużo wiedzy, której potrzebuję. I mogę wykorzystać tego śnieżnego olbrzyma, Joego Millera.
– Joe! – powiedział Clemens stłumionym głosem. Próbował wstać. – Joe Miller! Gdzie jest Joe? On cię zabije!
Topór przeszył powietrze nad głową Clemensa.
– Nic o tym nie powiesz Joemu, słyszysz? Klnę się na ślepy oczodół Odyna, dopadnę cię i zabiję, zanim on zdąży mnie dopaść. Słyszałeś?
Clemens wstał i kołysał się przez minutę. Potem zawołał, już głośniej: "Joe! Joe Miller!".

Philip Jose Farmer "Najwspanialszy parostatek"; Wydawnictwo: Mag; Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa; Format: 125 x 195 mm; Liczba stron: 240; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-7480-099-0

KaHa

"Śmierć, Ta Która Niszczy Wszystko" - fragment "Gdzie wasze ciała porzucone", pierwszej części cyklu

Tagi: Philip Jose Farmer, Najwspanialszy parostatek, fragment, książka,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany