Literacka rewelacja

kzarecka

2008-09-18

literacka_rewelacja_160Państwowy Instytut Wydawniczy oddał do naszych rąk "Drzazgę", książkę napisaną ponad osiemdziesiąt lat temu. Książkę, która na tyle skutecznie zablokowała cenzura, że została uznana za zaginioną. Światło dzienne ujrzała dopiero w roku 1989, czyli po... sześćdziesięciu sześciu latach! Jej autor - Władimir Zazubrin, nie żył, nie doczekał tego dnia. Już w latach trzydziestych został aresztowany i rozstrzelany. Dlaczego? Dlatego, że zajrzał do "hal fabryki śmierci"? Dlatego, że był dla władz niewygodny? Unicestwiono autora, ale nie jego pracę. Kiedy "zmartwychwstało" stało się rewelacją. Literatura rosyjska zostało wzbogacona o nowe, wielkie dzieło.


O książce - Wstrząsająca historia przewodniczącego gubernialnej Komisji Nadzwyczajnej do Walki z Sabotażem i Kontrrewolucją (osławionej Czeki), Andrieja Srubowa. Srubow, inteligent, usiłuje wytłumaczyć sobie i usprawiedliwić masowe mordy wyższą koniecznością i nieubłaganą logiką Rewolucji. Chce być jej nieugiętym strażnikiem, usuwać z jej drogi śmieci. Gnębi go jednak konieczność bezpośredniego kontaktu z krwią i cierpieniem rozstrzeliwanych - snuje nawet marzenia (prorocze!) o zautomatyzowaniu procesu likwidacji wrogów. Zmagając się z własnym sumieniem i poczuciem przyzwoitości, Srubow stopniowo pogrąża się w szaleństwie. Spadają na niego bolesne ciosy w życiu osobistym: odchodzi żona, ojciec zostaje rozstrzelany z wyroku dawnego kolegi czekisty. Tłem dla przeżyć Srubowa jest "praca" Czeki, procedury zbrodni (donosy, przesłuchania, obławy, rozstrzeliwania), opisane bez osłonek, boleśnie. Wśród czekistowskich oprawców powszechnie występował alkoholizm, epilepsja, a także swoisty wampiryzm, uzależnienie od ludzkiej krwi. Wielu było takich, którym "na krwi" pomieszały się zmysły.

Fragment
Nocami biały murowany dwupiętrowy dom z czerwoną flagą na dachu, z czerwonym szyldem na ścianie, z czerwonymi gwiazdami na czapkach wartowników wpatrywał się w miasto głodnymi, błyszczącymi czworokątnymi oczami okien, szczerzył oblodzone zęby żeliwnej kratowanej bramy, porywał, przeżuwał całymi pęczkami aresztowanych, przełykał ich ceglanymi gardłami piwnic, trawił w murowanym brzuchu, a potem jako flegmę, ślinę, ekskrementy wypluwał, wycharkiwał, wyrzucał na ulicę. Nad ranem zmęczony, poziewując ze zgrzytem żeliwnych zębów i szczęk, wysuwał spod bramy czerwone języki krwi.
Rankami gasły, ciemniały czworokątne oczy okien, jaskrawiej rozpalała się krew flagi, szyldu, gwiazd na czapkach wartowników, jaskrawsze stawały się krwawe języki pod bramą, które lizały chodnik, ulicę, nogi przerażonych przechodniów. Rankami biały budynek metalowymi mackami przewodów natarczywie, z uporem wymacywał po mieście domy z pstrokatymi szyldami radzieckich urzędów.
– Mówi Gubczeka. Natychmiast poinformujcie... Z Gubczeka. W ciągu dwudziestu czterech godzin przedstawcie... Gubczeka domaga się pilnie, na waszą osobista odpowiedzialność... Jeszcze dzisiaj, do końca pracy złóżcie w Gubczeka wyjaśnienie... Gubczeka żąda...
I tak do wszystkich. A wszystkie domy z pstrokatymi szyldami radzieckich urzędów, duże i małe, murowane i drewniane, nadstawiały uszu na głos telefonicznych słuchawek, słuchały uważnie, gorliwie. I robiły to, czego żądała Czeka – natychmiast, już, w ciągu dwudziestu czterech godzin, do końca pracy.
W Gubczeka zaś ludzie, uzbrojeni w karabiny, stali na każdym podeście, w każdym korytarzu, przy każdych drzwiach, na podwórzu; inni ludzie, w skórzanych kurtkach, w sukiennych bluzach, frenczach, uzbrojeni w rewolwery, siedzieli przy biurkach z papierami, biegali z teczkami po pokojach; panienki, w nic nieuzbrojone, ładne, brzydkie, dobrze i źle ubrane, trzaskały na maszynach do pisania; pełnomocnicy, agenci, czerwonoarmiści z batalionu WCzK palili, rozmawiali w zadymionej wartowni; obsługa stołówki roznosiła po wydziałach na tacach cienką herbatę i cukierki z żytniej mąki i melasy; interesanci w podartych futrach (do Czeka zawsze przychodzono w łachmanach, kto ich nie miał, pożyczał od znajomych) lękliwie odbierali przepustki, świadkowie niecierpliwie czekali na przesłuchania, a jedni i drudzy bali się, że z interesantów, ze świadków zamienią się w oskarżonych i w aresztowanych.
Rankami na biurku w gabinecie Srubowa szary stosik przesyłek. Koperty różne – białe, żółte, z papieru gazetowego, ze starych archiwalnych dokumentów. Adresowane fantazyjnym kancelaryjnym pismem z zakrętasami, zawijasami, niezgrabnymi kulfonami, nerwowymi inteligenckimi znaczkami, starannie wyprowadzonymi damskimi kółeczkami, równymi kwadracikami czcionek maszyn do pisania. Srubow szybko rozrywał koperty.
"Nie szkodziłoby, żeby Gubczeka zwróciła uwagę... Ujawniono dwie żony. Osłabienie autorytetu partii... Życzliwy".
"Ja, jako ideowy komunista, nie mogę... oburzające zjawisko: niektórzy interesanci zwracają się do obsługi: panienko, duszko, kiedy teraz jest radziecka władza i należy się nie inaczej, jak towarzyszko, a wy, jako... Koniecznie temu, kto wiedzieć o powyższym powinien...".
Srubow nabił fajkę. Wygodniej rozsiadł się w fotelu. Przesyłka z napisem: „ściśle tajne, do rąk własnych”. Papier gazetowy. Rozerwał.
"Znaszłem wudkie w 3-ej kompani dowódca bielak Gat...".
Dalej, na szarym arkuszu, rozważania o tym, co zrobił na Syberii Kołczak, a co robi władza radziecka. Na samym końcu wniosek: "...i dlategoż go (dowódcę kompanii) obowiązkowo skasować, a on szkudzi łonczyć się robotnikuf i chłopuf, nie każe czyrwono armistom podawać se po partyjnemu rence. Łzy politruk Pattykin".
Srubow marszczył się, ssał fajkę.
Akwarelą na papierze welinowym czarny pagórek mogiły z wbitym weń kołkiem. Pod spodem podpis: "Śmierć krwiopijcom czekistom...".
Pogardliwie zacisnął wargi, wrzucił do kosza.
"Towarzyszu przewodniczący, chcę zaznajomić się z wami, dlatego bo czekiści bardzo postawni. Chodzą wszyscy w skórzanych frenczach z aksamitnymi kołnierzami, przy boku zawsze rewolwery. Bardzo odważni, a na piersiach czerwone gwiazdy... Będę na was czekała...".
Srubow zachichotał, upuścił fajkę na sukno biurka. Rzucił list, zaczął strzepywać żarzący się tytoń. Ktoś zastukał do drzwi. Nie czekając na pozwolenie, wszedł Aleksiej Boże. Oparł duże czerwone ręce o brzeg biurka, niemrugające czerwone oczy wlepił w Śrubowa.

Władimir Zazubrin "Drzazga"; Wydawnictwo: PIW; Tłumaczenie: Henryk Chłystowski; Liczba stron: 142; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-06-03172-0

KaHa

Tagi: Władimir Zazubrin, Drzazga, fragment, książka, czeka,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany