Sekretne miejsca Ekateriny

kzarecka

2008-10-29

sekretne_miejsca_ekateriny_160Dziś na łamach PL dłuższy fragment "Tajemnej historii Moskwy". Czytanie możecie rozpocząć od pierwszej strony debiutu Ekateriny Sedii. Dlaczego właśnie od początku? Otóż dlatego, że jestem w trakcie lektury powieści (recenzja niebawem w PL) i mogę śmiało rzec, że tych kilka początkowych stron już wystarczająco zachęca do kupna książki. "Tajemna..." trafiła na listę najlepszych książek powieści SF i fantasy wydanych w roku ubiegłym w Stanach Zjednoczonych. Czy słysznie? Moim zdaniem tak. Wy możecie sądzić inaczej. Zanim jednak wyrobicie sobie zdanie przeczytajcie choć ten fragment.


Miała długie palce, zwężające się niczym cerkiewne świeczki. Przesunęła je przez płomień zapałki, ostrożnie, z początku nic nie czując. Potem trzymała je dłużej, w oczekiwaniu, że zaczną się topić i spływać. Zrobiły się jednak czerwone i pokryły pęcherzykami, więc cofnęła je ostrożnie, obserwując, jak naskórek się wydyma i tworzy maleńkie przezroczyste namiociki na opuszkach. Już wymyślała kłamstwo, jakie powie współpracownikom, żeby wyjaśnić oparzenia. Żelazko. Skwierczący, tryskający olej na patelni. Napalm. Zaśmiała się na tę myśl. Napalm nigdy nie uspokaja, a wiarygodne kłamstwa opierają się tylko na zwyczajnych rzeczach – jedzenie, prasowanie, obowiązki domowe.
Rozległo się pukanie do drzwi łazienki.
– Gałka, zasnęłaś? – zapytała Masza. – Wychodź, śpieszy mi się.
Zdmuchnęła zapałkę.
– Zaraz wyjdę.
– Palisz?
– Nie – odparła i otworzyła drzwi.
Masza, różowa i spocona, przemknęła obok niej, muskając ją wielkim ciężarnym brzuchem, już podkasując podomkę.
Galina szybko wyszła. Ciąża Maszy ją martwiła – nie tylko dlatego, że siostra miała ledwie osiemnaście lat, i nie dlatego, że jej przyszły mąż wciąż przebywał w wojsku, odsługując drugi, ostatni rok. Nieuchronnie zbliżające się narodziny wrzeszczącego różowego stworzenia, które skradnie jej resztki siostrzanego uczucia, bolały ją bardziej niż ośmielała się przyznać – ich matka i babka były takie podekscytowane dzieckiem! Galina udawała, że ona też, i parzyła się zapałkami, gdy nikt jej nie widział, karząc się za egoizm. Miała nadzieję, że nie wpadnie znowu w kłopoty.
Podmuchała na palce i poszła do pokoju, który dzieliła z matką i babką. Masza miała teraz własny pokój, co stanowiło jeszcze większy powód do żywienia urazy i w konsekwencji płakania nad własną potwornością. Babci nie było w domu, znów leżała w szpitalu, skąd być może już nie wróci, a matka rozmawiała przez telefon w korytarzu. Galina rozkoszowała się chwilami samotności. Wyciągnięta na łóżku, słuchała znajomych hałasów dobiegających z pobliskich torów i mamrotania matki za drzwiami. Mimo woli przysłuchiwała się jej słowom.
"Oczywiście, że jest za młoda", mówiła matka. "Ale lepiej za wcześnie niż za późno, znasz Galinę: jest starą panną i wątpię, czy da mi wnuki, i naprawdę żałuję, że nie ma nieślubnego dziec­ka, w dzisiejszych czasach kogo to obchodzi. Wiem, nie znajdzie męża, i już się z tym pogodziłam. Ale gdyby miała dziecko... Och, wiem, mówiłam jej milion razy. Ale nie uwierzyłabyś, jaka jest uparta, i wątpię, czy jakiś mężczyzna długo by z nią wytrzymał".
Galina słyszała to wszystko wcześniej – dla matki mężczyźni byli wyjątkową, cenną zdobyczą, na którą trzeba przebiegle zastawiać sidła. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz ich rozmowa nie przerodziła się w wykład, jak ma się stać bardziej atrakcyjna – powinna ładniej się ubierać, mniej pyskować i częściej się uśmiechać. Może w ten sposób przyciągnie uwagę jakiegoś mężczyzny na tyle długo, że zdąży zmajstrować jej dziecko. Ostatnio starała się unikać rozmów z matką. Ale głos w korytarzu brzmiał nadal:
"Nie chcę, żeby przemieniła się w zgorzkniałą dziwaczkę, która nienawidzi mężczyzn. Zeszłym razem, gdy wróciła ze szpitala" (matka nigdy nie mogła się zmusić, żeby powiedzieć "psychiatryka"), "przez jakiś czas miałam nadzieję. Ale teraz – sama nie wiem, czy powinna tam wrócić, czy może nie są w stanie nic zrobić, żeby jej pomóc".
Galina pamiętała tamten dzień, gdy wróciła do domu, wciąż opuchnięta po koktajlach sulfazynowo-neuroleptycznych, którymi ją szprycowali. Miejsca po zastrzykach wciąż bolały i wtedy postanowiła, że nie zrobi niczego, co mogłoby spowodować powrót do szpitala. Nigdy nikomu nie mówiła, co przemyka na skrajach jej pola widzenia – o dziwnych stworzeniach, o strasznych widokach. Szpital psychiatryczny był przedłużeniem matki, karzącej ją za każdym razem, gdy sprawiła jej zawód. Wolała te monotonne tortury niż dojmujący ból igieł i przeżywany na wpół na jawie neuroleptyczny koszmar. Wciąż czuła się winna z powodu swoich kłamstw.
Wtuliła twarz głębiej w poduszkę i zakryła uszy rękami, żeby nie słyszeć głosu z korytarza. Ale było za późno – lęk już się zagnieździł, nakłaniał ją do ucieczki, jak najdalej, żeby się ochronić. Jak wtedy, gdy była dzieckiem (jedynym dzieckiem), i dręczył ją strach, że życie, jakie widzi wokół siebie, jest wszystkim, co czeka ją w przyszłości, i chciała uciec, żeby nie ugrzęznąć w zabijającej duszę rutynie domu i pracy, telewizji, nabywania rzeczy dla nich samych. Jak bardzo wtedy pragnęła uciec... teraz dorosła ­świadomość, że nie ma dokąd, przydawała tej potrzebie wyjątkowej pilności. Książki, które kochała, obietnice tajemnych światów, okazały się kłamstwem.

A potem rozległ się wrzask – w pierwszej chwili pomyślała, że to kot sąsiadów, któremu ktoś nadepnął na ogon, skarży się głośno na wielką krzywdę, i jeszcze mocniej otuliła głowę poduszką. Potem zrozumiała, że to wcale nie koci krzyk, tylko ludzki. Dziecko.
Odrzuciła poduszkę i pobiegła, skarpety ślizgały się na gładkiej powierzchni drewnianej podłogi. Krzyk dobiegał z łazienki i Galina załomotała pięściami w zamknięte drzwi. Nie doczekała się odpowiedzi.
Matka zostawiła telefon z dyndającą słuchawką na stoliku w korytarzu i też zaczęła walić w drzwi. Mała kobieta, ale jej pięści uderzały z taką siłą, że drzwi dygotały. Galina się cofnęła.
– Nie stój tak – warknęła matka.
Galina pobiegła do kuchni. Gdzieś tam musiała być stara skrzynka z narzędziami, którą zostawił ojciec, odchodząc w nieznane. Zaczęła jej szukać, trzaskając drzwiami szafek, z paniką narastającą w miarę jak otwierała i z rozczarowaniem zatrzaskiwała kolejne drzwiczki. Wreszcie znalazła skrzynkę na serwantce i chwyciła największy śrubokręt. Uzbrojona, pośpieszyła z powrotem pod drzwi łazienki, gdzie matka wciąż łomotała, a dziecko nie przestawało płakać.
Zepchnęła matkę z drogi i uderzyła w drzwi przy klamce, odłupując długie drzazgi nad zamkiem. W końcu go wyważyła.
Dziecko, wciąż z pępowiną, leżało na podłodze. Matka w pośpiechu podniosła i wytarła ręcznikiem wijące się różowe stworzenie. Oczy Galiny gorączkowo przeszukiwały przestrzeń pomiędzy białą porcelaną sedesu i wyszczerbionym brzegiem wanny. Umywalka. Lustro. Okno. Okno jest otwarte. Ale nie ma Maszy.
Matka była zbyt zajęta dzieckiem, żeby zauważyć zniknięcie młodszej córki. Galina wyjrzała przez okno, jakby się spodziewała, że zobaczy Maszę unoszącą się jakimś cudem osiem pięter nad ziemią. Powietrze przed nią było puste, wyjąwszy samotną kawkę, która krążyła i krążyła.
Stanęła na palcach, na wpół wywiesiła się z okna, żeby zobaczyć ziemię pod domem, bojąc się ją zobaczyć. Przez zawroty głowy i fale rodzących się mdłości ujrzała asfalt na dole – pusty, wyjąwszy parę zbłąkanych kotów i grupkę starszych pań na ławce przy wejściu. Kawka skrzeczała i trzepotała skrzydłami. Zatoczyła krąg nad głową Galiny, dopominając się o uwagę; wylądowała na parapecie i przekrzywiła łebek, patrząc na nią lśniącym czarnym okiem, lekko otwierając dziób, jakby próbowała przemówić. Jej matowe pióra miały barwę żelaza.
Galina poczuła, że świat przechyla się jej pod nogami, i nagle płacz dziecka i żałosny głos matki ucichły, oko kawki uwięziło ją w bąblu ciszy i trwogi.
– Masza? – szepnęła zimnymi ustami. – To naprawdę ty?
Kawka przyskoczyła bliżej i pokiwała głową, jakby mówiła: "Tak, to ja. To ja".
– Nie – powiedziała Galina. – To niemożliwe. Nie wierzę ci.
Ptak zaskrzeczał i zeskoczył z parapetu. Spadał jak kamień, aż niemal zderzył się z asfaltem, w ostatniej chwili rozpostarł skrzydła i wzleciał wyżej, przysłaniając słońce na bladym wrześniowym niebie.
Dźwięki powróciły, Galina skrzywiła się, przycisnęła do uszu palce – te u lewej ręki pokryte pęcherzami, ale gładkie u prawej – i stanęła tyłem do okna.
Matka siedziała na podłodze, trzymając zawodzące dziecko w fałdach obwisłej podomki, i płakała. Jej głos wzniósł się do wysokiego krzyku, dziwnie pasującego do pisku noworodka, gdy opadło ją zrozumienie straty.
– Masza, Masza! – zawołała, a ptaki na zewnątrz odpowiedziały jej gniewnym skrzeczeniem i krakaniem.
– Odeszła, mamo – powiedziała Galina. Nie wspomniała o kawce. Nie chciała wrócić do szpitala.

***

Taką jesień zwano złotą, i w ten poniedziałkowy poranek Galina mogła zobaczyć, dlaczego. Topole wzdłuż ulicy, którą szła na przystanek autobusowy, pożółkły w ciągu jednej nocy i teraz lśniły niczym złocone kopuły cerkwi starego miasta w skośnych promieniach wstającego słońca. Powietrze niosło sugestię gorzkiego smaku jesieni i Galina uśmiechała się, patrząc spod przymrużonych powiek na jaskrawe kolory drzew i nieba, dopóki sobie nie przypomniała.
Nie chciała dzisiaj iść do pracy, nie dziś, nie z nieszczęściem w domu; czuła się jak zdrajca, zostawiając matkę z noworodkiem w powijakach, z pieluchami, które czekały na upranie, i z butelkami mleka w proszku.
– Idź – powiedziała matka, nie kryjąc irytacji. – Jak stracisz robotę, co ja z tobą pocznę?
Galina wtedy rozumiała, że matka jest zła, bo to Masza zniknęła – najmłodsza, normalna. Przyszykowała się do pracy.
Pracowała w centrum miasta, w starej części, gdzie wszystko jest historyczne i piękne. Jednak nawet tam na każdym rogu rodziło się nowe życie w postaci kiosków – oferowały czasopisma, papierosy, książki, podpaski, szpilki, filmy, gorzałkę, ­okulary, przybory szkolne, torebki i bawełniane koszulki, i praco­wali w nich głośni ludzie, którzy nie chcieli zostawić przechodnia w spokoju.
Aby dotrzeć do miejsca pracy, małego wydawnictwa naukowego, musiała zejść do podziemnego przejścia pod skrzyżowaniem, kiedyś szerokiego i pustego, a dziś pełnego niezliczonych kiosków i żebraków. Do niedawna Galina nie widziała ani jednego żebraka, więc często się zastanawiała, skąd się wzięli. Wrzucała drobne, które miała w kieszeniach, do papierowych kubków podsuwanych jej przez wychudzone ręce. Na własnoręcznie skleconych wózkach – deska i cztery kółka z porzuconej przez dziecko zabawki-ciężarówki – siedzieli starzy mężczyźni bez nóg, ubrani w podarte, rozpadające się wojskowe mundury polowe, jakby istnieli w tym stanie od tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego. Niektórzy kalecy byli młodsi, więc przypuszczała, że są weteranami wojny w Afganistanie; unikała spoglądania im w oczy, jakby to, co widzieli, mogło jakoś się w nią wlać, dotrzeć do serca i zamrozić je na zawsze. Odwracała głowę i wrzucała drobne na ślepo, w daremnej próbie złagodzenia poczucia winy.
Wyszła po drugiej stronie ulicy Twerskiej i pobiegła do piętrowego starego budynku w Gazietnyj Pierieułok. Pierwsze opadłe liście, żółte i pomarańczowe, szeleściły pod jej tenisówkami. Mogłaby odbyć tę podróż z zamkniętymi oczami – pracowała dla tego wydawcy od trzech lat, tłumacząc z angielskiego i niemieckiego artykuły medyczne. Gratulowała sobie, że ma pracę. W dzisiejszych czasach niełatwo było znaleźć zajęcie przynoszące dochód. Ściągała brwi, gdy przeglądała w gazetach anonse „Zatrudnię” – w każdym ogłoszeniu wspominano o zdolnościach językowych, a także wymagano, żeby właścicielka rzeczonych zdolności pracowała dodatkowo jako sekretarka i wyglądała ­dobrze w spódniczce mini. Wydawało się, że codziennie setki firm wyrastają jak grzyby po deszczu, pojawiają się znikąd jak żebracy w metrze, ale żadna nie była zainteresowana tłumaczem, tylko atrakcyjną osobą towarzyszącą dla ewentualnych zagranicznych inwestorów. Tak, miała szczęście, że znalazła zatrudnienie; nie płacili wiele, ale lubiła swoją pracę i jako premię zachowała godność, co w dzisiejszych czasach graniczyło z cudem.
Powitało ją zimne wejście, stary kamień oddychający zakonserwowanym chłodem minionych zim.
– Gałka! – zadudnił głos starszego redaktora Wielikanowa, nomen omen potężnej postury. – Wiesz, która godzina?
– Tak – odparła. – Moja siostra w nocy urodziła, a potem zaginęła.
– Zła kolejność, co? – Wielikanow uśmiechnął się szeroko w gąszczu brody. Spostrzegł minę Galiny i jego uśmiech skrył się w plątaninie zarostu. – Boże, mówisz poważnie. Przepraszam. Co w takim razie tu robisz?
Wzruszyła ramionami.
– Nic więcej nie można zrobić. Powiadomiłam policję. Mama zajmuje się dzieckiem. Ja muszę zarabiać.
Wielikanow poklepał ją po ramieniu, ostrożnie, żeby nie zmiażdżyć jej kości mięsistą łapą.
– Przykro mi. Wiem, że byłyście bardzo zżyte. O ile była młodsza... to znaczy, jest?
– Dziesięć lat.
Wielikanow pokiwał głową i poprowadził ją przez biuro do kuchenki, gdzie stał czajnik z wiecznie gotującą się wodą.
– Napij się herbaty. Ile słodzisz, trzy?
Skinęła głową i podmuchała na herbatę w kubku, który jej podał.
– Dzięki. Jest dzisiaj coś pilnego?
–Tylko parę nowych artykułów z "Lanceta". Nie ma pośpiechu. Jeśli chcesz, możesz wziąć wolne popołudnie.

– Dziękuję.

Ekaterina Sedia "Tajemna historia Moskwy"; Wydawnictwo: Mag; Tłumaczenie: Maria Frąc; Format: 125 x 195 mm; Liczba stron: 289; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-7480-101-1

Rosyjski talent na miarę...? Oto Tajemna

Tagi: Ekaterina Sedia, Tajemna historia Moskwy, książka, fragment,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany