Piekielne wizje Doris Lessing

kzarecka

2008-11-04

piekielne_wizje_doris_lessing_160W "Time" napisano: - Nadzywczajny, błyskotliwy obraz okoliczności, które wpływają na ludzkie przeznaczenie. Słowa dotyczyły powieści "Przed zstąpieniem do piekieł" (na marginesie - bardzo interesująca okładka). Autorką jest noblistka Doris Lessing. Czym zaskakuje tutaj? Mieszanką fantastyki i realizmu. Tym razem bohaterem jej powieści jest profesor filologi klasycznej, który trafia na oddział w szpitalu psychiatrycznym. Co się z nim stało? Co kryją jego wizje? Chcecie się dowiedzieć? Proszę bardzo. Wystarczy sięgnąć po książkę, która zaserwuje nam wycieczkę w głąb świadomości (jak z kolei stwierdzono w "The Washington Post Book World").



O książce - Londyn, lata siedemdziesiąte XX wieku. Do szpitala psychiatrycznego trafia osobliwy włóczęga. Opowiada lekarzom o swojej podróży: dryfowaniu na tratwie po oceanie, zdobywaniu nieznanego lądu, odkrywaniu jego tajemnic, lataniu na grzbiecie ogromnego białego ptaka. Okazuje się, że pacjent to Charles Walker, profesor filologii klasycznej na uniwersytecie w Cambridge. Odwiedzający go bliscy snują domysły na temat powodów jego dziwnego stanu. Co tak naprawdę kryje się za fantastycznymi wizjami Walkera? Czy lekarze przywrócą go do normalności? Czy profesor zdoła ocalić swój świat wewnętrzny?

Znawca twórczości noblistki dostrzeże w tej publikacji zainteresowanie naturą subiektywności, charakterystyczne dla wczesnych powieści Doris Lessing, oraz ciekawe eksperymenty z gatunkiem science fiction. A zwykły czytelnik z pewnością doceni odważny, dobitny głos autorki, mierzącej się z restrykcyjnym społeczeństwem i jego niechętnym podejściem do inności. Pasjonująca, wciąż aktualna powieść.

"The New York Review of Books": - Poruszające i piękne.

Joyce Carol Oates: - Nie będąc nigdy powierzchownie nowatorskim, pisarstwo Lessing jest głęboko eksperymentalne, badawcze w stymulowaniu nas do zmiany poglądów na życie i do poszerzenia zakresu naszej świadomości.

Fragment
Szpital Centralny

Karta Wpisowa:
Piątek, 15 sierpnia 1969 r.
Nazwisko...... Nieznane
Płeć............... Mężczyzna
Wiek............. Nieznany
Adres......... Nieznany

Uwagi ogólne:
Policja znalazła pacjenta o północy, błąkającego się na Nadbrzeżu w pobliżu mostu Waterloo. Przewieziono go na posterunek, sądząc, że jest pijany lub pod wpływem narkotyków. Określony jako zagubiony, zdezorientowany, posłuszny. Przywieziony do szpitala karetką o 3 rano. Podczas wpisu chory kilkakrotne usiłował położyć się na biurku. Wydawało się, że bierze je za łódź albo tratwę. Policja sprawdza porty, statki itd. Chory przyzwoicie ubrany, ale nie przebierał się od jakiegoś czasu. Nie wydawał się ani zgłodniały, ani spragniony. Miał na sobie spodnie i sweter, ale ani pieniędzy, ani dokumentów; żadnych dowodów tożsamości. Zdaniem policji jest ofiarą rabunku. Wykształcony. Dostał dwie dawki librium, ale nie zasnął. Mówił głośno. Przeniesiony na mały Oddział Obserwacyjny, ponieważ przeszkadzał innym.
Pielęgniarka nocna, 6 rano

Chory cały dzień czuwał, mówił bez związku, był podniecony, miał urojenia. Dwie dawki librium co trzy godziny. Żadnych informacji z policji. Odzież wysłana do zbadania, rezultaty wątpliwe: sweter, koszula i bielizna z domu towarowego, spodnie włoskie. Chory ma wciąż wrażenie, że znajduje się w drodze. Zdaniem policji to pewno podróżnik amator albo żeglarz.
Doktor Y, godz. 18


Potrzeba mi wiatru. Dobrego, silnego wiatru. Powietrze jest nieruchome. Prąd ciągnie na pewno z wielką szybkością. Tak, ale ja tego nie czuję. Gdzie mój kompas? To stało się dawno, nie pamiętasz? Potrzeba mi wiatru, dobrego, silnego wiatru. Gwiżdżę na wiatr. Mogę sobie gwizdać w nieskończoność. Wiatr ze wschodu, silny wiatr w plecy. Może jestem wciąż za blisko brzegu? Po tylu dniach na morzu za blisko brzegu? Ale kto wie, mogło mnie znieść z powrotem w stronę lądu. Och, nie, nie. Wezmę się za wiosła. Wiosła zmyło, nie pamiętasz, już dawno. Nie, musisz być bliżej lądu, niż ci się zdaje. Wyspy Zielonego Przylądka były po prawej – kiedy? Tydzień temu. Tydzień czemu? To nie było coś, to była moja żona. Morze jest tutaj bardziej słone niż na przybrzeżu. Słone, słone morze, solanka skapuje ze szczęki gafla na moją szczękę. Na policzkach krzepną mi grube skorupy soli. Czuję jej smak. Łzy, morska woda. Czuję smak soli z morza. Z pustyni. Pustynnego morza. Koniki morskie. Wydmy. Wiatr zwiewa piasek z wierzchołków wydm, zakręca kędzior fali. Piasek rusza się, kolebie i wciska się w fale, ale wolniej. Powoli. Wzrok, który by zmierzył szybkość poruszeń koni z piasku, tak jak ja mierzę płynny galop koników morskich, byłby nie byle wzrokiem. Nie byle czym. Czym by nie był. Mógłbym może złapać konia i ruszyć wierzchem, ale mnie potrzebny jest koń morski, a nie koń z piasku, bo mój czas jest czasem człowieka, a Bóg jest dla pustyni. Są tacy, co dosiadali delfinów. Istnieje wiele dowodów. Mógłbym zostawić tę tonącą tratwę, uczepić się szyi konika morskiego i przepłynąć całą drogę do Jamajki i Nancy tego biedaka Charliego, albo, gdyby mnie prąd zawrócił wreszcie na południe, mógłbym dopłynąć do brzegu, gdzie czeka biały ptak.
W koło i w koło i w koło, wokół Wybrzeża Diamentowego i Wysp Kanaryjskich, nura pod zwrotnik Raka i dalej, hej ho, w skos, w lewo, ku Indiom Zachodnim, gdzie Nancy czeka na tego biedaka Charliego i dalej, w koło, po prawej zostaje Morze Sargassowe z fluorescencją Florydy po lewej i w koło i w koło w huśtawce Golfstromu, i dalej w koło, Azory migają mi tuż za łokciem, i dalej, wzdłuż wybrzeża Portugalii, gdzie czeka na mnie moja Conchita, mijam Maderę, mijam Wyspy Kanaryjskie, wszystko wciąż en passant, znowu do Wybrzeża Diamentowego i znowu w koło i w koło i znowu w koło na wieki wieków, dopóki prąd nie obróci mnie na południe. Ale ten prąd nigdy nie obróci mnie na południe, co to, to nie. Prąd ma swoje prawa, niezmienne, jak trasa autobusowa. Musi mnie nieść prąd mórz północnych, biegnący z ruchem wskazówek zegara, musi, musi... chyba że... tak. Mogą mnie odrobinę przesterować, tak, zmienią mój kierunek, manewrując małym piórkiem ze swoich białych skrzydeł, ustawią mnie w stronę południa, przeprowadzą bezpiecznie pośród złych, jeśli nie oszalałych prądów wokół równika i wtedy, zdrów i cały, wkolebię się wreszcie w południowo-równikowy, i w końcu, w końcu, z dala od wszystkich Saragoss i Scyll i Charybd, spłynę pięknie i łagodnie, dryfując ze słodkimi prądami południa ku brzegom Gór Brazylijskich, ku Wodom Pokoju. Ale trzeba mi wiatru. Sól osadza się na wręgach, stara tratwa nurza się w wysokich falach, a mnie jest niedobrze. Śmiertelnie niedobrze. Więc zmieniamy kurs, chłopaki! Dalej, zmieniamy... nie, ich nie ma, nie żyją, umarli, przywiązali mnie do masztu, ogromna fala zmyła ich z pokładu, a ja jestem sam, uwięziony, przytwierdzony do północno-równikowego prądu i ani śladu lądu, śladu, jakiego mógłbym z utęsknieniem wypatrywać na wodnych szlakach tego wielkiego, rozkołysanego morza.

Brak wiadomości z policji. Nie było doniesień o żadnych podejrzanych małych łodziach, jachtach czy pływakach. Chory wciąż gada głośno, śpiewa, kolebie się na łóżku w przód i w tył. Jest ogromnie zmęczony. Jutro: sodium amythal. Proponuję tygodniową narkozę.
17 sierpnia
Doktor Y

Sprzeciw. Proponuję terapię wstrząsową.
18 sierpnia
Doktor X

Doris Lessing "Przed zstapieniem do piekieł"; Wydawnictwo: W.A.B.; Tłumaczenie: Anna Przedpełska-Trzeciakowska; Format: 123 x 195 mm; Liczba stron: 336; Oklądka: twarda; ISBn: 978-83-7414-507-7

KaHa

Tagi: Doris Lessing, Przed zstapieniem do piekieł, fragment, książka, noblistka,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany