"Warto gonić marzenia, jakkolwiek naiwnie to brzmi" - Edyta Szałek o książkach, fotografii i... odwadze

kzarecka

2009-02-27

edyta_sza322ek_160Edyta Szałek dała się poznać najpierw jako felietonistka. Następnie jako pisarka. Teraz próbuje sił w fotografii. Oczywiście nadal pisze. Bez obaw, nie porzuci jednej pracy twórczej na rzecz drugiej. Obie pasje połączyła, zezwoliła na zgodną symbiozę. Dzięki temu możemy podglądać owoce jej wrażliwości na dwa sposoby. Czy warto? Z pewnością. Patrzeć i widzieć, słuchać i słyszeć - te umiejętności Edyta Szałek posiada. I to wystarczy, by dzielić się emocjami.



Katarzyna Zarecka: - "Kamieniczka" zapowiadana była, jako zbiór opowiadań, ale… przecież to typowa powieść. No dobrze, pocięta, każdy rozdział jest o czymś innym, jednak w każdym jest cząstka, która następnie łączy się z kolejną, i jeszcze jedną, i jeszcze jedną, aż tworzy całość. Mimo wszystko przyjmę (tak na chwilę), że to typowe opowiadania. Zatem pytanie – łatwiej pisało Ci się krótkie formy, czy jednak dłuższe (mam na myśli "Sen Zielonych Powiek")?

Edyta Szałek: - Bardzo się cieszę, że odebrałaś "Kamieniczkę" jako całość. Faktycznie są to opowiadania, ale oparte na wewnętrznej konstrukcji, która spina je klamrą, przez co uzupełniają się, tworząc jedność, którą podkreśla zapętlenie pierwszego i ostatniego opowiadania. Być może jest to alternatywa dla opinii, że opowiadania się "nie sprzedają", że być może podane w ten sposób, spodobają się czytelnikowi. Poza tym chciałam stworzyć dynamiczną opowieść o różnych ludziach i różnych sytuacjach. Praca nad "Kamieniczką" sprawiała mi wiele przyjemności. Czasami przyzwyczajałam się do postaci, którą musiałam porzucać, na rzecz kolejnej, ale takie było postanowienie i cóż robić? We "Śnie…" mogłam się troszkę dłużej rozgościć, pobyć z bohaterami... Trudno mi jednak jednoznacznie odpowiedzieć na Twoje pytanie. Obie formy mają zalety.

To typowo fikcyjne opowieści, czy wplotłaś tam wątki rzeczywiste? Odniosłam bowiem wrażenie, że gdzieniegdzie były nawet autobiograficzne. Może się mylę, jeśli tak, mów natychmiast.

Większość postaci i zdarzeń jest fikcyjnych. Staram się jednak okraszać je bardzo szczegółowymi cechami – w przypadku osób, oraz wplatać własne obserwacje – w przypadku zdarzeń. Przez to postaci mogą się nam wydawać bardzo bliskie, czasem wręcz znajome. Kreowanie każdej postaci traktuję bardzo poważnie. Oczywiście zdarza się, że w tekstach wykorzystuję zdarzenia, które przydarzyły się mnie lub użyczam cech od osób mi bliskich. Tak było między innymi w przypadku syna, bohaterki jednego z opowiadań, który ma tę samą chorobę co mój syn, oraz niektóre z jego powiedzeń.

Dwa lata temu, kiedy przeprowadzałam z Tobą wywiad, powiedziałaś: - Wielokrotnie czytałam wypowiedzi pisarzy polskich ubolewających nad tym, że po polsku o seksie można napisać, albo wulgarnie, albo medycznie. Nie do końca zdawałam sobie sprawę, że to prawda, dopóki sama się z zagadnieniem nie zmierzyłam. W "Kamieniczce" jest sporo seksu. Niekoniecznie opisanego wprost. Bywa, że tylko o nim wspominasz, sugerujesz. Jakbyś chciała dać czytelnikowi wolną rękę w wyobrażaniu sobie dalszej historii. Czy nadal ciężko jest Ci pisać o seksie?

Oj, i jedno, i drugie. Wciąż tak zwane "momenty" nie należą do moich ulubionych i zdarza się, że ciężko nad nimi pracuję. Z drugiej strony sceny erotyczne bardzo łatwo "przegadać". Jako czytelnik wolę niedopowiedzenia w tej kwestii. Zresztą czasami
najmniej, wydawać by się mogło, erotyczny moment, zyskuje w kontekście książki zupełnie inny wymiar i staje się bardzo erotyczny. Takie rozwiązania, takie, kiedy nasza wyobraźnia podsyca ogień, wydają mi się idealne.

Deszcz… Też go sporo. Przypadek, czy tak bardzo przesiąkłaś już deszczowym miastem Bergen, które ma podobno największą na świecie amplitudę opadów, że wydaje Ci się to naturalne?

Choć zabrzmi to zapewne banalnie, bardzo lubię deszcz. Ma on w sobie nostalgię, własny rytm, niezależność... Rzeczywiście w Bergen zasmakowałam go na różne sposoby, również, gdy w czasie sztormów z wściekłością wali w okna... Myślę, że siłą rzeczy wsączył się w moją duszę i jakby nie było, jest moim sprzymierzeńcem, bo gdy za oknem pada, fajnie się pisze.

I jeszcze o Norwegii – nie zalewa nas literatura skandynawska (a szkoda), choć lepszy rydz niż nic. A jak na tamtych terenach jest z polską? Istniejemy tam, czy przeciętny Norweg ma takie pojęcie o naszej literaturze, jak przeciętny Polak ma o ich?

Wiem, że oprócz polskiej literatury pięknej przetłumaczone zostały książki między innymi Tokarczuk, Terakowskiej, Tryzny. Nie wiem jednak, jak norweskie społeczeństwo znajduje naszą literaturę współczesną, bo oczywiście literatura piękna jest znana i doceniana w środowiskach intelektualnych. Na pewno trudno na polską książkę natknąć się tuż przy wejściu do księgarni, ale zazwyczaj nie ma problemów, by taką zamówić, jeśli jest przetłumaczona na język norweski. Powiedziałaś, że szkoda, iż nie ma więcej literatury norweskiej w Polsce. To prawda, ja zwłaszcza ubolewam nad baśniami. Te stare, jak "Księżniczka na szklanej górze", bywają nam znane, ale jest bardzo dużo współczesnych, dobrych, mądrych norweskich baśni, które nie mają disneyowskich konotacji i zręcznie umykają komercyjnemu nurtowi. Są zresztą bardzo doceniane na świecie, uważane, jako jedne z najlepszych.

Niemiecki, angielski i właśnie norweski – na te języka ma być przetłumaczona Twoja debiutancka powieść. Wiesz, już, kiedy mają odbyć się zagraniczne premiery, czy jeszcze zbyt daleka droga, by o tym wspominać?

Na pewno droga jest wystarczająco długa, bym nie rozwijała tematu. Jest to proces długi i żmudny, czasami z niespodziewanymi zwrotami akcji. Tym niemniej jednak jest to dla mnie konsekwencja, kolejny krok w pracy nad tekstami. A co z tego wyniknie, zobaczymy.

Na punkcie czytelników masz bzika – tak stwierdziłaś. Nie tak dawno odbyło się Twoje spotkanie autorskie. Czytelnicy nie zawiedli?

Musiałam co prawda walczyć w Krakowie z niesprzyjającą aurą, która w wielu przypadkach wygrała, o czym wielu zaproszonych gości informowało później mojego wydawcę Beatę Rudzińska z Amea, jednak ci, którzy przyszli tego dnia do księgarni ‘Pod Globusem’, spędzili mile czas przy lampce wina i rozmowach. Należę do twórców, dla których liczy się każdy czytelnik. Zawsze to podkreślam. Z taką samą przyjemnością
spotykam się więc z kilkoma osobami jak i większym audytorium. Krakowskie spotkanie uważam za bardzo udane i jeszcze raz wszystkim dziękuję.

Marzysz, by w swoim życiu tylko pisać i fotografować. Wydałaś dopiero dwie książki, fotografią na poważnie zaczęłaś zajmować się niedawno. Twoje marzenie ma szanse? Wierzysz w to?

Marzę o tym, by spróbować. Niczego przez to nie tracę. Oczywiście mogłabym skupić się na ‘robieniu pieniędzy’, szukaniu sposobów na to, by zarobić więcej i wydać więcej. To jednak nie czyni mnie bardziej szczęśliwą. Pisanie i fotografia to moje dwie pasje. Będą nimi tak czy inaczej, bez względu na to, czy przyniosą mi korzyści materialne, czy nie. Wierzę, że nie wszystko robi się dla kasy, albo inaczej, rzadko kiedy to, co robisz dla kasy, wypływa z twojego serca. Oczywiście byłoby idealnie, gdyby obie pozwoliły mi wyżyć, ale... Nie mam złudzeń, to może być trudne. Współczesny świat rządzi się swoimi prawami; konsumpcjonizmem, globalizacją. Nie zawsze jest w nim miejsce na ideały. Podkreślę jednak raz jeszcze - warto gonić marzenia, jakkolwiek naiwnie to brzmi. Ludzie boją się próbować, bo wydaje im się to dziecinne, boją się porażki. Ale nawet ta porażka, to tak naprawdę nasze zwycięstwo, bo nigdy nie powiesz sobie: mogłam(-em) spróbować. Odwaga w polowaniu na marzenia, to odwaga by smakować życie, nawet jeśli kąsek pod wpływem ogniska realizmu kurczy się do rozmiaru orzecha laskowego i jest gorzki.

"Bohaterowie chwili" – oto narratorzy "Kamieniczki". Do pomysłu przyczyniła się przygoda z aparatem?

Zdecydowanie tak. Studiując fotografie, wystawy, robiąc zdjęcia w czasie podróży lub wychodząc z aparatem "na własne podwórko" doszłam do wniosku, który dla wielu będzie zapewne oczywisty - zdjęcie kradnie daną chwilę i nie ma znaczenia, ani to, co było przed, ani to, co było po. Te refleksje odczytałam na nowo, nostalgicznie, ze szczyptą tęsknoty za tym, co minęło, za uchwyconymi w kadr uśmiechniętymi twarzami kobiet z lat trzydziestych – akurat trzydziestych, bo miałam nie tak dawno okazję przeglądać archiwalne numery czasopisma "Oslo Illustrerte" z 1930 roku. Fotografie kobiet w prześmiesznych strojach kąpielowych lub tych reklamujących perfumy z Francji... Mimo że wszystko to już nie istnieje, budzi w nas niezmiennie emocje. Próbowałam sobie wyobrazić, co by było, gdyby spróbować użyć słów, jako fotograficznej migawki. Zatrzymać na moment czyjeś życie, opisać je, nie dając odpowiedzi na to, co było przed i co będzie po. Poza tym naprawdę wierzę, że życie każdego może być interesujące dla postronnego widza. Trzeba tylko pozwolić skupić się na danej osobie, przyjrzeć się życiu, na pozór szaremu, odrzucić współczesne wyznaczniki kultury masowej i popularnej, mówiącej nam, czyje życie i jak przedstawione jest interesujące. Za każdą najbardziej beznadziejną egzystencją stoją pragnienia, marzenia i tęsknoty. Dobrym przykładem jest tu opowiadanie "Kasjerka" z "Kamieniczki".

Thomas
Gudbrandsen i Little White House Studio – rozwiń, proszę.

Thomas Gudbrandsen to założyciel i siła napędowa Little White House Studio, które zajmuje się fotografowaniem reporterskim. Czy to, gdy chodzi o śluby w ramach Wedding Journalism, czy, gdy chodzi o inne wydarzenia (jak na przykład ostatnio fotografowane spotkanie pisarek w klubie Lokator w Krakowie). To, co charakterystyczne dla jego fotografii, to niesamowita umiejętność uchwycenia klimatu zjawisk fotografowanych. Bez względu na to, czy zdjęcie zrobione jest w Istambule, Walencji, czy Pcimiu Dolnym. Thomas ma niezwykły szacunek do fotografii, który dobrze oddają słowa cytowane również na stronie Little White House Studio: "Nie robisz zdjęcia, tylko pytasz cicho, czy możesz tę chwilę pożyczyć".. Jako jeden z niewielu znanych mi fotografów, jest bardzo biegły w historii fotografii, ciągle się uczy i potrafi zrealizować zlecenie za koszty podróży do danego miejsca, jeśli temat wydaje mu sie wystarczająco ciekawy. Jest artystą w każdym calu. Nie niesie fotografowania przed sobą, a jedynie wykorzystuje je do pokazania świata przez pryzmat swojej wrażliwości. Mam ten zaszczyt, że uczę się od niego i z nim fotografuję. Czasami śmieję się, że czeka go wielka kariera, bo podobnie jak amerykański fotograf Ansel Adams, który miał zostać pianistą, a zajął się fotografią, Thomas jest z wykształcenia muzykiem, grającym na fortepianie. Thomas Gudbrandsen jest całkowicie oddany B&W uważając, że: "Fotografując w kolorze, utrwalasz to, w co ludzie są odziani. Fotografując w czerni i bieli, urwalasz ludzkie dusze".

Co dalej? Kiedy kolejna książka, bo że takowa będzie, nie powinniśmy mieć wątpliwości?

Tak. W tej chwili pracuję nad kolejną powieścią. Mam nadzieję, że ukaże się jesienią, a najpóźniej wiosną przyszłego roku. Jak zwykle czas pokaże.


"Kamieniczka" - recenzja

"Bez odbiorców twórca nic nie znaczy" - wywiad z autorką z roku 2007

Tagi: Edyta Szałek, Kamieniczka, wywiad, Little White House Studio, recenzja,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany