Szuassi!

kzarecka

2009-03-17

uwa380aj_na_krwio380ercze_380yrafyChina Mieville napisał książkę dla dzieci. I dla młodzieży. I dla dorosłych. Tak przynajmniej powieść "LonNiedyn" jest przedstawiana. Pokrótce - kto chce, przeczyta. Kto chce, pokocha. Powieść bowiem, jak "Harry Potter", niby skierowana do dzieci, ale sięgają po nią czytelnicy w różnym wieku. Dziś, żeby was nieco zachęcić do lektury, fragment. Poznacie w nim Zannę, główną bohaterkę, Szuassi, która wyląduje w niezwykłym mieście (z jednej strony zupełnie obcym, z drugiej doskonale znanym). Recenzja "LonNiedynu" już niedługo na łamach PL. Póki co przeczytajcie fragment.


Zanna – dziewczynka nie cierpiała swojego imienia Susanna, a zdrobnienie "Sue" napełniało ją jeszcze większą odrazą – przeprowadziła się na osiedle około roku temu. Gdy po raz pierwszy poszła do nowej szkoły, w dzielnicy Kilburn, Deebie udało się ją rozśmieszyć, co nie należało do rzeczy prostych i potrafiła tego dokonać tylko garstka ludzi. Od tamtej pory wszędzie, gdzie pojawiała się Zanna, należało się spodziewać również i Deeby. W Zannie tkwiło coś, co przykuwało uwagę. Przy tym jednak nie do końca było wiadomo co to takiego. Z pewnością nie chodziło o jej wyczyny w sporcie, nauce czy tańcu, choć owszem, wszystko to szło jej nieźle, ale przecież nie wyróżniała się specjalnie spomiędzy innych uczniów. Poza tym była wysoka i ładna, ale tego także nigdy nie starała się wykorzystać. W zasadzie można było nawet powiedzieć, że świadomie i z premedytacją próbuje trzymać się na uboczu. Tyle że nigdy jej się to do końca nie udawało. I gdyby nie była osobą z natury przyjacielską i miłą, na pewno miałaby całą masę kłopotów. Zwracały na to uwagę nawet jej koleżanki. Zupełnie jakby nie miały pojęcia, co z tą Zanną począć. Nawet sama Deeba przyznawała, że jej przyjaciółka bywa zanadto rozmarzona. Czasami Zanna po prostu wyłączała się, zagapiała w niebo, czy nagle, na przykład kiedy coś opowiadała, traciła wątek. W tej chwili jednak była skupiona na tym, co przed chwilą powiedziała Deeba. Zanna wzięła się pod boki, ale nawet ten gwałtowny ruch nie zdołał spłoszyć lisa.

– No, naprawdę – dodała Deeba. – On nie odrywa od ciebie oczu.

Zanna spojrzała głęboko w łagodne, lisie ślepia. I wtedy, wszystkie patrzące na zwierzę dziewczynki, a także i sam lis, zaczęły się jakby w czymś gubić... aż wreszcie zostały z tego dziwnego stanu wyrwane przenikliwym dźwiękiem dzwonka, który obwieścił koniec przerwy. Dziewczęta popatrzyły po sobie, gwałtownie mrugając. I wtedy lis wreszcie się poruszył. Nie spuszczając z oka Zanny, skłonił przed nią głowę, raz, po czym skoczył przed siebie i zniknął. Deeba rzuciła okiem na przyjaciółkę.

– Tu się dzieje coś dziwacznego – mruknęła.

********************

Przez resztę dnia Zanna starała się unikać towarzystwa koleżanek. Udało im się ją dopaść w stołówce, gdy stała w kolejce po obiad. Kiedy nagabywana do rozmowy dziewczynka odezwała się i kazała im dać sobie spokój, uczyniła to takim tonem, że wszystkie koleżanki, prawie bez wyjątku, posłuchały.

– Dajcie spokój – żachnęła się Kath. – Strasznie jest nieuprzejma.

– To wariatka – rzuciła Becks i obie ostentacyjnie odeszły. Została tylko Deeba.

Deeba, która nawet nie próbowała się do Zanny odezwać. Zamiast tego przyglądała się jej uważnie, z zamyślonym wyrazem twarzy. Po lekcjach zaczekała na Zannę przed szkołą. Zanna próbowała uniknąć spotkania, lawirując w tłumie szybkim krokiem, ale Deeba nie dała się zwieść. Ukradkiem podeszła do przyjaciółki od tyłu i znienacka chwyciła ją pod rękę. Zanna przez chwilę próbowała nawet udawać rozgniewaną, ale nie była w stanie udawać złości zbyt długo.

– Och, Deeba... O co tu chodzi? – spytała wreszcie.

********************

Po jakimś czasie dotarły na osiedle, na którym obie mieszkały, i poszły do domu Deeby. Hałaśliwe i rozgadane życie rodzinne państwa Resham, mimo że niekiedy można było mieć dość wywoływanego przez nich zamętu i ogólnego rozgardiaszu, tworzyło zazwyczaj wygodne tło dla rozmowy na dowolnie wybrany temat. Po drodze – jak zazwyczaj – ludzie oglądali się za przechodzącymi dziewczynkami. Przyjaciółki stanowiły bowiem dość zabawną parę. Deeba była od chudawej Zanny niższa, bardziej zaokrąglona i stanowczo mniej schludna. Długie kosmyki czarnych włosów jak zwykle wymykały się na wolność z więzienia jej kucyka, co wyraziście kontrastowało z ciasno zaczesanymi do tyłu jasnymi włosami Zanny. Zanna milczała, a Deeba bez przerwy pytała przyjaciółkę, czy wszystko jest w porządku.

– Witam, panno Resham! I dzień dobry, panno Moon – powitał je śpiewnie ojciec Deeby. – Jak się dziś panienki miewają? Może po kubeczku herbaty, moje drogie?

– Cześć, kochanie – przywitała się z córką mama Deeby. – Jak ci minął dzień? Hej, Zanna, co u ciebie słychać?

– Dzień dobry, panie Resham. Dzień dobry, pani Resham – odpowiedziała Zanna, uśmiechając się, tradycyjnie nieco nerwowo, do promieniejących radością rodziców koleżanki. – U mnie wszystko w porządku, dziękuję.

– Daj jej żyć, tato – poprosiła Deeba, ciągnąc Zannę przez pokój. – Ale herbaty napijemy się z przyjemnością.

– Czyli nic ci się dzisiaj nie przydarzyło, córeczko – stwierdziła nieco kpiąco jej mama. – I nie masz nam zupełnie nic do opowiedzenia. Przeżyłaś dzień kompletnie pozbawiony jakichkolwiek wartych uwagi wydarzeń! Czasem mnie naprawdę zdumiewasz.

– Ależ naprawdę wszystko w porządku, mamo – odparła dziewczynka. – Dzień jak co dzień. Taki sam jak wszystkie inne.

Nie wstając z miejsc, rodzice Deeby zaczęli ją głośno, na wyścigi, pocieszać i zapewniać, że kiedyś jednak coś się w jej życiu odmieni i że ten brak wydarzeń to na pewno nie jest żadna tragedia i że to stan wyłącznie przejściowy. Dziewczynka wywróciła oczami i zamknęła drzwi do swojego pokoju.

********************

Przez chwilę siedziały w milczeniu. Deeba nałożyła sobie na wargi warstwę błyszczyku. Zanna nawet nie drgnęła.

– No i co zrobimy, Zanna? – zapytała wreszcie Deeba. – Przecież teraz to już pewne. Dzieje się coś dziwnego.

– Wiem – przyznała Zanna. – I jest coraz gorzej.

Trudno im było określić, kiedy dokładnie się ta cała historia zaczęła. Seria niecodziennych wydarzeń trwała już co najmniej od miesiąca.

– A pamiętasz, jak zobaczyłam tę chmurę? – przypomniała Deeba. – Tę, która wyglądała dokładnie jak twoja twarz?

– To było całe wieki temu, a poza tym, ta twoja chmura była podobna zupełnie do niczego – zauważyła Zanna. – Trzymajmy się faktów. Takich jak ten lis dzisiaj. I ta kobieta. Napis na ścianie. No i list. Skupmy się lepiej nad rzeczami tego rodzaju.

********************

Niesamowite sytuacje zaczęły się dziewczętom przytrafiać co najmniej od wczesnej jesieni. Jedną z nich, na przykład, przeżyły, kiedy całą paczką siedziały w "Rose Cafe". Żadna z dziewcząt nie zwróciła uwagi na to, że otworzyły się drzwi. Zauważyły to dopiero w chwili, gdy zdały sobie sprawę, że kobieta, która przez nie weszła, stanęła w milczeniu przy ich stoliku. Popatrzyły na nią, jedna po drugiej. Nieznajoma miała na sobie uniform kierowcy miejskiego autobusu. Czapka trzymała się jej głowy pod jakimś dziwacznym kątem. Kobieta szczerzyła się do nich od ucha do ucha.

– Przepraszam, że się narzucam – odezwała się wreszcie. – Mam nadzieję, że nie... Po prostu strasznie się cieszę, że mam okazję cię poznać. – Uśmiechała się do wszystkich, ale mówiła wyłącznie do Zanny. – To właściwie tyle chciałam powiedzieć.

Oszołomionym przyjaciółkom na dobre kilka sekund odjęło mowę. Zanna próbowała ułożyć w głowie jakiekolwiek sensowne zdanie. Kath wydukała jedynie coś w rodzaju: "Co...?", a Deeba wybuchnęła śmiechem. Nieznajoma nie wydawała się jednak tymi reakcjami ani trochę speszona. Odezwała się raz jeszcze. Rzuciła dziwne, pozbawione sensu słowo.

– Szuassi! – powiedziała. – Mówiono mi, że cię tu znajdę, ale szczerze przyznam, że nie bardzo chciało mi się w to wierzyć. – Uśmiechnęła się raz jeszcze, po czym odeszła.

Kiedy już zniknęła, dziewczynki zaczęły chichotać głośnym, nerwowym śmiechem, aż wreszcie uciszyła je kelnerka.

– Nieźle porąbana!

– Ale szajba!

– No normalnie świrnięta!

I gdyby się na tym skończyło, miałyby po prostu do opowiadania jeszcze jedną historyjkę o szaleńcach, jakich przecież na ulicach Londynu nigdy nie brakowało. Ale się nie skończyło.

********************

China Mieville "LonNiedyn"; Wydawnictwo: Mag; Tłumacz: Grzegorz Komerski; Format: 150 x 225 mm; Liczba stron: 538; Okładka: twarda; ISBN: 978-83-7480-089-1

Tagi: China Mieville, LonNiedyn, książka, recenzja,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany