Po dziesięciu wydanych książkach jestem cały czas w punkcie wyjścia - wywiad z Piotrem Rowickim

kzarecka

2009-07-30

rowicki_160"Nie ma on żadnej przyszłości", "Nie wnosi niczego nowego ani do języka, ani do formy", "Bardzo zła książka", "Polecam zakopanie książki pod kamieniem na tysiąc lat"... Wiele tego. I niestety słowa do przyjemnych nie należą. Jednak nie dotyczą... Piotra Rowickiego. Wydawcom podpadli między innymi: John Irving, Pierre Boulle i John Le Carre. Może zatem i przed Rowickim wielki sukces? Zobaczcie, co ma do powiedzenia.


Katarzyna Zarecka: - Pana książki pojawiają się na księgarskich półkach dzięki mało znanym wydawcom (co oczywiście nie oznacza "mały, nieznany = zły", często wręcz przeciwnie). Taki wybór, czy większe wydawnictwa – tu zacytuję Pana słowa – teksty "zmieszały z błotem"?

Piotr Rowicki: - Napisałem książkę, wysłałem ją do kilku wydawców, zwykle któryś się odzywał. I zaczynał się proces, zwany wydawaniem. Każdy woli wydawać się u dużych i bogatych. Chodzi o promocję i dystrybucję. Mały może mniej. I to odbija się na autorze. Na sprzedaży. Zawsze lepiej leżeć przy wejściu w Empiku niż w magazynie z myszami. Po dziesięciu wydanych książkach jestem cały czas w punkcie wyjścia. Pod wieloma względami ciągle czekam na debiut. Czekam spokojnie. Robię swoje, staram się pisać coraz lepiej, doskonalić warsztat i nie myśleć: "Jezu, co o tym powie czytelnik!". To zła droga. Zacytuję klasyka: - Ludwiku Dorn, psie Sabo nie idźcie tą drogą!

"Przylgnięcie", "Mykwa"... Będzie kolejna sztuka podejmująca problemy polsko-żydowskie? Nie ukrywajmy, przecież wciąż takie istnieją. Wielu sądzi, że mieliśmy i mamy czyste ręce, ale wystarczy pierwszy lepszy przykład – murek i wstydliwy dla wielu Polaków napis "Jude raus".

Raczej nie będzie, nie mam monopolu na ten temat ani też obsesji na tym punkcie. W niektórych recenzjach pojawił się zarzut, że pisanie o tych problemach to koniunkturalizm, wyrachowanie, lansowanie się na Holokauście i takie tam. Nie mam z tym nic wspólnego. Po warsztatach w Nasutowie napisałem dwie sztuki. To nie moja wina, że obie zostały wystawione i jakoś tam zauważone. Nie mam też potrzeby moralizatorstwa, pouczania i mówienia ludziom, co jest dobre a co złe. Kilka dni temu wróciłem z Wigier, gdzie odbywały się warsztaty teatralne zatytułowane "Kroniki królewskie", i jeśli napiszę jakąś sztukę, to będzie ona dotyczyć któregoś z polskich władców.

Książki Zbigniewa Nienackiego nie są Panu obce. Patrzę na okładkę publikacji Piotra Łopuszańskiego "Pan Samochodzik i jego autor" i zastanawiam się – sięgnie Pan po tę pozycję? Fani znajdą tu wiele smacznych kąsków. Byłby to taki mały powrót do lat młodzieńczych.

Dziwię się trochę. Niedawno pokazała się na rynku biografia Nienackiego autorstwa Mariusza Szylaka. Czyżby jakiś moda na Nienackiego nadciągała? Myślę, że sięgnę także po książkę Łopuszańskiego. Porównanie może być bardzo ciekawe.

Jest Pan niezwykle wszechstronnym autorem. Mnie jednak ciekawi jedno – powieści dla dzieci. Ich pisanie uważa się za znacznie trudniejsze, niż tworzenie fabuły dla dorosłych. Podziela Pan wspomniane przed chwilą zdanie?

Nie podzielam. Dla mnie jest łatwiejsze. Przede wszystkim przyjemniejsze. Poza tym mam bezpośredniego korektora, słuchacza – syna, który mi pomaga i wspiera. Albo nie. A czy jestem wszechstronny? Szukam swojego miejsca w literaturze. Błądzę, potykam się, zmagam. Zacząłem od pseudoporadnika dla rodziców, potem były opowiadania w duchu Mrożka i Redlińskiego, potem powieść o inicjacji i dojrzewaniu, ostatnio popełniłem kryminał historyczny. A to nie wszystko. Piszę też pod pseudonimem. Dementuję plotki. Wisława Szymborska to nie ja.

"Mężczyzna i Bestia" - dobry pomysł, ale... jakoś nie wyniósł Pana na wyżyny popularności, jakich doświadcza na przykład Leszek Talko. Słaba reklama? Czy może jednak odmienność tekstów: wspomnienia, poradnik?

Oczywiście, że podstawą jest reklama. Nie darmo przecież do najwybitniejszych współczesnych pisarzy należą: David Beckham, Marcin Hakiel, Katarzyna Cichopek czy Agnieszka Fitkau-Perepeczko. Ja oczywiście cenię sobie ich dokonania na niwie literatury, ale bez przesady. Wolę Gombrowicza. Przy "Mężczyźnie i Bestii" spotkało się dwóch debiutantów. Autor i wydawca. Obaj zapewne popełnili sporo błędów. Tyle tylko, że ja piszę dalej, a on dalej nie wydaje. Były tam jakieś próby reklamy, radio, dobijanie się do gazet, ale to było walenie głową w mur. Bez pieniędzy nie da się wypromować książki. Taka jest bolesna prawda. Zdarzają się wyjątki (jeden na milion), ale one tylko potwierdzają regułę.

"Przygody Hektora" - ulubiona książka mojej córki, którą póki co słabo interesuje treść, a hipnotyzują ilustracje (to mój "uspokajacz"). Stąd pytanie – miał Pan wpływ na wybór ilustratora? Znał wcześniejsze prace Dymitra Kuźmenko?

Nie miałem wpływu i nie znałem Dymitra. Ja w ogóle nie jestem wpływowym człowiekiem.

Pomarańczowy dinozaur to Pana pomysł czy Dymitra?

Dymitra. Ja w rysunkach jestem kiepski. Jeszcze by tego brakowało, żebym potrafił rysować.

Można się spodziewać kolejnych przygód Hektora, czy była to jednorazowa przyjaźń?

Trzeba poczekać. Niech opróżnią się magazyny i półki. To może jeszcze chwilę potrwać.

Marudziłam już nieco o wydawcach, ale pomęczę jeszcze trochę. Kolejny tekst wyda Pan również u Beaty Rudzińskiej? AMEA wypuściła na rynek Hektora w rewelacyjnej odsłonie, której nie powstydziłyby się najbogatsze wydawnictwa. A co najważniejsze – nie zajmuje się tylko tekstami dla najmłodszych.

Jak się Beata pośpieszy, to tak się stanie. Książka jest u niej, leży niemal gotowa, trzeba do niej tylko dorysować obrazki. Kilka równie gotowych i nawet zilustrowanych książek zablokował mi kryzys. Mam cierpliwie czekać, tak mówią, a ja im wierzę, bo nie mam innego wyjścia. Jesienią moje "dorosłe" opowiadanie znajdzie się w Ameowej antologii. Mam nadzieję, że nie zdradziłem wielkiej tajemnicy.

I na koniec – jakieś plany wakacyjne, wyjazdowe, czy odstraszają: słońce, upał, deszcz i burze (w dowolnej kolejności)?

Wspomniane powyżej anomalie raczej mnie nie odstraszą, nie oglądam prognozy pogody. Wybieram się w góry. Nie żeby się zaraz wspinać, raczej zielona dolina, oscypek, kawałek dobrej książki i rodzina. Tyle z atrakcji.


Recenzja "Przygód Hektora"

"Król jest nagi, czyli Olka drze szaty" - recenzja dziwięcioletniej recenzentki PL

Tagi: piotr rowicki,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany