Jak pisarz z pisarzem (2) - Daniel Koziarski rozmawia z Krzysztofem Beśką, autorem m.in. "Fabryki frajerów"

dkoziarski

2010-03-12

k.beska_160Krzysztof Beśka, absolwent filologii polskiej, prozaik, poeta, dramaturg, autor słuchowisk. Debiutował głośną, nie tylko za sprawą tytułu - "Wrzawą", rozprawiającą się z mitem szybkiej kariery w stolicy. Niedawno ukazała się jego trzecia powieść zatytułowana "Fabryka frajerów", w której przez pryzmat liceum wojskowego pokazał historię dorastania całego pokolenia. Człowiek, który nie boi się mocnych tez, co udowadnia w niniejszym wywiadzie, którego udzielił Przystani Literackiej.



Daniel Koziarski: - Gdybyś jeszcze raz miał napisać "Wrzawę" i umieścić ją w czasach kryzysu, z którego podobno Polska wychodzi obronną ręką – choć ostatnio mówi się o blisko trzynastoprocentowym bezrobociu w skali kraju, to biorąc pod uwagę fakt, że tematyka wyścigu szczurów jest już nieco passe – jaki miałbyś teraz pomysł na Lucjana Sząbruka?

Krzysztof Beśka: - Zacznijmy od tego, że żadnego kryzysu nie ma, a przynajmniej nie taki to kryzys, jak ten z lat dwudziestych ubiegłego wieku. Wmówiono nam go po prostu, uczyniono z niego sposób na pozbywanie się pracowników, na to, żeby im nie płacić lub płacić mniej, czyli po prostu znów bezkarnie ludzi upodlić. Kryzysem można wytłumaczyć wszystko. A kim dziś byłby Lucjan? Myślę, że mniej by skamlał i użalał się nad sobą, a więcej by działał. I inaczej. Może zamiast korporacyjnego mundurka nosił arafatkę, wojskową bluzę z demobilu i koszulkę z Che. Może próbowałby innych metod, żeby coś zmienić, choćby kamieni czy butelek z benzyną. Gdyby jednak Lucjan miał rzeczywiście znów szukać grzecznie pracy, to nie robiłby już tego w Warszawie, a na zachodzie Europy. Pewnie w Londynie.

Logiczną kontynuacją "Wrzawy" jest "Bumerang", w którym znowu dostało się od Ciebie warszawce, ale również prowincji. Czy Krzysztof Beśka widzi w ogóle jakiś fragment polskiej tkanki społecznej, o której mógłby napisać coś zdecydowanie pozytywnego?

Tylko że wtedy nie będzie emocji! Dobra proza musi mieć w sobie tę odrobinę reportażowej doraźności, musi wyrastać z wnerwienia na cały świat dookoła, musi też komuś dopiec, wywoływać ferment, zmuszać do reakcji, do myślenia, prowokować dyskusję, nie pozostawiać czytelnika obojętnym. Oczywiście, to tylko część całości, wszak wciąż mówimy o literaturze pięknej. Nie przejdę jednak obojętnie wobec całego tego syfu, który nas otacza. Nie potrafię. Życie to nie telenowela. Bukoliki przestano u nas pisać wiele setek lat temu. Pytasz o tkanki społeczne. Owszem, można napisać na przykład o jakimś szlachetnym listonoszu, tylko że ktoś, czytając, zaraz zapyta, kiedy ten listonosz... zostanie zamordowany lub sam kogoś zamorduje.

Czy pisząc "Fabrykę frajerów" nie miałeś w sobie obaw, że polski rynek książki jest zdecydowanie nieżyczliwie nastawiony do tego typu chłopięco-męskiej prozy? Że stosując pewną typologię - czytelnik, który jeszcze naście czy dwadzieścia parę lat temu pochłaniałby "Fabrykę" z zachwytem i wypiekami, jest teraz zapalonym graczem i niewybrednym konsumentem filmów?

Książka jest swoistą spłatą długu wobec tamtych ludzi, uczniów i profesorów. Prawie nikt już dzisiaj nie pamięta, że takie szkoły w ogóle istniały. Jeśli jakieś grono koleżanek i kolegów spotka się na Naszej Klasie, a potem skrzyknie się na jakieś spotkanie, to w większości przypadków ma się gdzie spotkać. Ich szkoły stoją nadal. Mojej nie ma. Zasypano piachem, chłop przyklepał łopatą. Otrzymałem wiele sygnałów, podziękowań od bohaterów tej książki i ich bliskich, bo przywołałem wspomnienia. Ktoś powie: to za mało, za wąska grupa odbiorców, to tylko wspominkarstwo. Otóż nie: to również kawał zajmującej prozy, wierny obraz lat 80. i historia dojrzewania całego pokolenia. Nad "Madame" Libery wszyscy piali z zachwytu, a przecież to też tylko szkolna historia, w dodatku z wyjątkowo irytującym, bo wszystkowiedzącym bohaterem, takim omnibusem z Żoliborza. Nie będę płynął z prądem i wierzę, że "Fabryka..." jest w stanie oderwać ludzi od komputera czy telewizora. I nie tylko dlatego, że w telewizji zagłusza się wulgaryzmy, a w książce nie.

Twoja proza to kronika rozczarowań, utraconych złudzeń, marzeń zderzonych z murem rzeczywistości, bolesnych upadków. Jeśli uznać, że uprawiasz krytykę systemową, to czy należałoby ją odnieść do polskiej wersji neoliberalizmu, u którego podstaw, zdaniem wielu komentatorów np. Ziemkiewicza znajdują się grupy uprzywilejowane - nomenklatura, kasty, elity, korporacje, które blokują awans społeczny wielu ambitnym i uzdolnionym czy też traktować ją jeszcze inaczej? Jaki jest Twój pogląd na tak zwaną transformację ustrojową, jaka dokonała się w Polsce od 1989 roku?

To jest temat na książkę, może nawet kilkutomowe dzieło. Grupy uprzywilejowane były, są i będą. Człowiek nie jest stworzeniem zdolnym do altruizmu, musi się nachapać, choćby kosztem innych. Ma też bardzo krótką pamięć. Sam mówisz: tak zwaną transformację ustrojową. Wielu przemian bowiem zaniechano, wielu spraw nie załatwiono, coś się nam wymknęło w międzyczasie z rąk, gdzieś się w tym wszystkim pogubiliśmy, pieścimy się z przestępcami, mordercami, władza za nic ma zwykłych ludzi. Wiem, że mówię ogólnikowo, ale nie jestem politykiem. Ważne jest, żeby samemu być przyzwoitym, nie dać sobą pomiatać i nie być obojętnym. To właśnie ta obojętność, to, że na przykład nie chodzimy głosować, niesie wiele złego. Nie będę powtarzał haseł, że kapitalizm nie działa, bo sam pracuję w prywatnej firmie, wydaję książki w prywatnych oficynach. Coś jednak szwankuje, z pewnością. Ale za to inne hasło: "Wczoraj ZOMO, dzisiaj banki", bardzo mi się podoba!

Nie kryjesz, że sporo u Ciebie w książkach wątków autobiograficznych. Czy traktujesz je bardziej jako impulsy twórcze czy formę autoterapii?

Jedno i drugie. To dobre narzędzie w pracy, ale też możliwość nabrania dystansu do życia. Oczywiście, korzystam także z opowieści innych ludzi, chłonę je, podsłuchuję. Na szczęście nikt jeszcze w moim towarzystwie nie ścisza głosu ani nie kończy nagle rozmowy. Częścią autobiografii jest także kraina dzieciństwa, czyli w moim przypadku Warmia i Mazury, który to teren występuje w każdej mojej książce, od tomików poetyckich po najnowsze pozycje, dopiero pisane. Choćby nawet rzecz działa się w całości w Warszawie, to bohater musi być z północy.

Czytając "Chorobę legionistów" w "Opowiadaniach kryminalnych" i biorąc pod uwagę konotacje regionalne, pomyślałem sobie pół-żartem, pół-serio, że mógłbyś napisać jedną z tych kontynuacji "Pana Samochodzika", które sprawiły, że seria zapoczątkowana przez Nienackiego liczy sobie już ponad 100 pozycji. Nie korciło Cię?

Mam swój pogląd na ten temat. Pisanie kontynuacji przygód Pana Samochodzika to jawny gwałt na Nienackim. Jest ich już kilkadziesiąt, niemal setka, a jedna cieńsza od drugiej. Nie ta klasa. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to tylko maszynka do robienia pieniędzy. Dziwi mnie, że spadkobiercy wyrazili na to zgodę, a jednocześnie jeszcze nie zorganizowano w Jerzwałdzie choćby izby pamięci. Tak, potwierdzam: wychowałem się na książkach Nienackiego, który mieszkał po drugiej stronie tego samego jeziora. I teraz, wreszcie, po latach, znalazłem w sobie siłę, żeby iść podobną drogą, żeby pisać dla ludzi, także dla młodych ludzi, nieść im radość, straszyć, wzruszać. Najpierw musiałem spłacić stare długi, pogodzić się ze sobą, coś z siebie wyrzucić. Teraz, przynajmniej przez jakiś czas, chcę bawić. Dlatego pracuję nad serią pięciu powieści sensacyjno-kryminalno-historycznych, w których pojawią się, prócz współczesnych bohaterów, czyli dziennikarza, policjanta i kilku pięknych kobiet, także takie postacie, jak święty Wojciech, wielcy mistrzowie Zakonu Krzyżackiego, Mikołaj Kopernik, powstańcy warszawscy czy gauleiter Prus Wchodnich, Erich Koch.

Czyli, mówiąc krótko – będzie się działo! Dziękuję bardzo za rozmowę.

Kup książkę

Tagi: Jak pisarz z pisarzem, Fabryka frajerów, Opowiadania kryminalne, Libera,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany