Tysiąc dni w Orvieto - Marlena de Blasi

isłojewska

2010-03-22

orvieto_160Biorąc do ręki "Tysiąc dni w Orvieto" Marleny de Blasi, nie ma się żadnych wątpliwości, że mamy przed sobą doskonale napisaną i wydaną książkę. Co więcej, ma się wrażenie, że cały zespół ludzi, który nad nią pracował, dał czytelnikowi nie tylko efekt swej zawodowej perfekcji, ale i cząstkę duszy.




W ciepłej, typowo południowej kolorystyce okładki jest już zapach i smak. Zdjęcie ujmuje dachy domów i dumnie wzniesione palazzo. Na linii horyzontu są pola, łąki i niewysokie pasmo górskie, a na pierwszym planie kwiaty w skrzynkach i donicach oraz kamienna balkonowa balustrada. I naturalnym natychmiast staje się pytanie o mieszkańców tego malowniczego miasteczka.

A Marlena de Blasi bardzo chętnie na nie odpowiada na kilkuset stronach swej opowieści o Orvieto. Narratorka bardzo dynamicznie prezentuje zdarzenia w swym świecie przedstawionym. Chcąc, jak najbardziej zbliżyć do nich czytelnika, posługuje się formą opowiadania unaoczniającego. Osiąga w ten sposób jego bardzo wyrazistą plastykę i bezpośredniość przedstawienia. Ale jednocześnie de Blasi przekazuje nam pewną wiedzę o postaciach biorących udział w tych zdarzeniach, bo jej pozytywne pod każdym względem emocje silnie nasycają fabułę. Dlatego tak bardzo zachwyca rozdział "Orvietanie", który jest przykładem dobrze prowadzonego opisu psychologicznego, głęboko wkraczającego w świat wewnętrznych przeżyć bohaterów. Tilde, wspominając dzieciństwo, mówi: - Czasami nie udawało się nam zasnąć od razu i leżałyśmy w ciszy albo trochę rozmawiałyśmy. Spoglądałam wtedy na cienie, wywołane przez płomienie z paleniska, migoczące na starych, obłupanych ścianach, i nasłuchiwałam hałasów z sąsiednich pokojów, odgłosów ludzkiej miłości, a częściej bólu.

Architektura fabuły bardzo solidnie wznosi się na narożnych cegłach, czyli na motywach kulinarnych, podtrzymujących ją niczym filary. W nich zawiera się wyjątkowość talentu kucharskiego i literackiego autorki. Nie można go odnieść do żadnych innych wcześniej przeczytanych książek, np. do "Zupy z granatów" Marshy Mehran. De Blasi opowiadając o kuchni włoskiej w regionie Umbrii, uczy nas bardzo wielu ważnych rzeczy. Odkrywa świat, który nie tylko tworzą smaki, zapachy, ale pisze o tym, co dla niektórych ludzi jest niewidoczne, a dla niej staje się kwintesencją życia. A jest nią stół kuchenny, piec, spiżarnia, piwniczka, zachowanie kolejności w czynnościach nad przyrządzanymi potrawami. Dla niej każdy przedmiot w kuchni używany od kilku pokoleń jest uświęcony tradycją i ma w sobie "duszę". Stara miska w brązowe plamki, którą wyszperałam wśród innych naczyń w spiżarce, jest tą samą, która mama Mirandy używała do przygotowywania własnego chleba. Gdy moja przyjaciółka przyszła dziś rano do kuchni, ujrzała znajomą miskę na marmurowym stole, zerknęła i zobaczyła ciasto, okrągłe i wyrośnięte, o najcudowniejszym zapachu na świecie. Miranda wyznała, że w tamtej chwili poczuła się tak, jakby jej mama się uśmiechnęła.

Jednak w tej powieści jest jeszcze coś więcej, co Marlena de Blasi ukrywa niemal podprogowo w fabule, a co odkrywamy w pełni na ostatnich stronach powieści i co materializuje się w jednym tylko zdaniu: "To, kto siedzi na krześle, jest ważniejsze od tego, co leży na stole". Przyrządzanie jedzenia czy przygotowanie stołu do wspólnego biesiadowania, słowem, wszystkie czynności, jakie koncentrują się wokół potraw, a zwłaszcza zaproszenie do stołu i samo ucztowanie mają w sobie moc jednoczenia ludzi. Wzajemnego poznawania się, odkrywania rodzinnych tajemnic, łagodzenia jednorazowych konfliktów i takich, które są zadrą w sercach przez całe życie. Łamią bariery nienawiści, otwierają drzwi dla obcych, uczą pokory i cierpliwości, dają nadzieję i wyzwalają miłość. I o tym mówi nam autorka. O tej wielkiej magii integrowania się przy stole wrogów i przyjaciół. Nie bez powodu garnek od tysięcy lat ma specyficzną symbolikę. Od wieków, w dawnych krajach europejskich, niezależnie od szerokości geograficznej, stale nad otwartym ogniem wisiał "kociołek gościnności". Każdy obcy mógł wejść do środka i posilić się.

Jest w tej powieści kilka prawdziwie metafizycznych momentów. Są nimi opisy przygotowywania potraw kojarzące się z sekretnym życiem alchemika. Zrodził je głownie duch pierwotnego italskiego plemienia Umbrów, doskonalących od wieków trudną sztukę rolnictwa oraz przetwórstwa i budujących kulinarną wyjątkowość tego regionu.

Książkę kończą przepisy. Niezwykłe, bo opowiedziane! Każdy z nich to doskonała poetycka opowieść o jego pochodzeniu, przeznaczeniu i sposobie sporządzania. Są niczym kulinarne życiorysy. Ale dzieje się tak za sprawą Małgorzaty Hesko-Kołodzińskiej, która powieść przetłumaczyła. To dzięki niej podczas czytania zachwycamy się pięknie przełożonymi metaforami, symboliką i poetyckimi porównaniami. Każde słowo wypowiedziane przez Samuele jest kojące niczym balsamiczna szałwia – czytamy. I dlatego trudno oderwać się od takich zdań. Żal zostawić je poza sobą, bo rozstanie z nimi wyzwala ogromną tęsknotę.

I jeszcze jedno. Kiedy czytaliście książkę, w której każde słowo ma swój smak? Nie tylko kulinarny.

Marlena de Blasi "Tysiąc dni w Orvieto"; Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie; Format: 195 x 125 mm; Liczba stron: 407; Okładka: miękka; ISBN 978-83-08-04416-2

Ilona Słojewska

Kup książkę

Tagi: Toskania, Nigella gryzie,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany