"Nagle dotarło do niego, że to wszystko jest niewiarygodne"

kzarecka

2010-09-14

ostatniakwadra_160Przyznam szczerze, ze jestem nieco zdziwiona. Krystyna Januszewska napisała do tej pory sześć książek. I niestety wszystkie przeszły bez echa. Najnowszą - "Ostatnia kwadra Księżyca", wzieliśmy pod swoje skrzydła i wam prezentujemy (w niedługim czasie pojawi się recenzja; będzie również wywiad z autorką). I nagle okazało się, że informacja o powieści cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. Czy zatem rzeczywiście wszystkie poprzednie publikacje znane były tylko nielicznym? Intrygujące... W dzieciństwie Januszewska miała objawy autyzmu. Czyżby zatem kolejny "genialny głupiec"? Autorka w miarę upływu lat pokonywała własne bariery i konsekwentnie realizowała marzenia. Nie boi się. Robi to nadal. Dziś fragment jej najnowszej książki.


Gdy tak stał i patrzył, nagle dotarło do niego, że to wszystko jest niewiarygodne. Jeszcze kilka godzin temu zgorzkniały siedział nad biurkiem, myśląc, że za chwilkę zawali się świat, a świat stoi jak stał, za to on zjawia się na piaszczystej plaży i rozmyśla o istocie egzystencji. Czuł intuicyjnie, że przyjazd tutaj ma niewyjaśniony podtekst, który niebawem przyjdzie mu poznać. Jakby czekała na niego jakaś globalna transformacja, pozwalająca zrozumieć etap życia, na którym się właśnie znalazł?

Nagle w twarz uderzył go wiatr, smagnął, aż zabolało. Stał tuż nad wodą. Buty ugrzęzły mu w mokrym piasku, ale miał to w nosie. Poczuł, że woda sięga już kolan, to nagły przypływ fal zalał mu nogi. Bawił się tym jak dziecko i cieszył. Przed sobą miał jednostajną szarość, żadnych odcieni. Cudowne zjawisko absolutnego zlania się horyzontu z linią morza. Długo by szukać granicy. Gdzieś z prawej strony powinien pojawić się księżyc, ale utonął zapewne w szarości. Woda dotykała granicy nieba, lecz nawet o ton nie różniła się od niego kolorem. Wszystko zszarzało. Patrzył w nieskończoną otchłań. Poczuł się jak rozbitek, zapędzony na ostatni skrawek ziemi, poza którym nie pozostało już nic ludzkiego. Jakby należał do tej jedynie ocalonej grupy, zebranej na resztkach świata, oczekującej na pomoc. Garstka, która pozostała po miliardach zaginionych w wielkim kataklizmie, bezradnie szukająca ratunku, pocieszała się chwilową zabawą.

Gdyby tak rzeczywiście było, wszystko, co robił dotychczas, straciłoby sens. Tak niewiele jest warte, a zabrało mu połowę życia. Jakby się ocknął z koszmaru. Nie chciał być więcej ofiarą wielkiej machiny. Nie chciał wracać do swojego życia, tu, pomiędzy rozbitkami było mu dobrze. Poczuł się wolny, jakby był po raz pierwszy wśród swoich, pomiędzy tymi, którzy umknęli jak on w krainę niczyją, nieskomplikowaną i beztroską. Patrzył przed siebie w niemy horyzont i szukał w szarozielonej mgle jakiegoś pęknięcia bądź rysy, by dowiedzieć się, co jest tam, za nią. Wypatrywał znaku z nieba, tajnego sygnału, który miał go poprowadzić ku prawdzie. Nie słyszał hałasów dochodzących z plaży, tylko kołysał się, tańczył i patrzył. Gdzieś z wydm, ze ścieżki prowadzącej na plażę rozległ się dźwięk klarnetu. Ktoś grał "Marzenie" Schumanna. Niebiańska muzyka potoczyła się jak błękitny tiul i powoli opadała na osłupiałych ludzi. Tysięczny tłum, ugiął się pod naporem muzyki. Wszyscy odwrócili się w kierunku schodów i zamarli w bezruchu. Nad ich głowami rozstąpiły się chmury, oświetlając grajka. Tuż nad horyzontem zachodzące słońce przebiło szarość i otworzyło się niebo. Muzyka płynęła łagodnie w powietrzu, robiło się coraz jaśniej.

Janusz stał i patrzył wzruszony, jak się otwiera nad nim złota droga i kładzie na wodzie, wprost pod jego nogi czerwony chodnik. Widok był niesamowity. Zrobił krok, potem drugi, zaczął iść wzdłuż strumienia światła po wodzie. Początkowo żartował, że znalazł drogę do krainy szczęścia, potem tylko szedł, nie myśląc o niczym. Przeżywał metafizyczne olśnienie, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia.

Jeszcze się wahał przez chwilę, obejrzał. Żal mu się zrobiło muzyki, która cichła z każdym jego krokiem. Jeszcze chciał rozważyć, ciągle miał wybór, iść, czy powrócić do swoich. Ciężkie fale stawiały opór, jakby mu w tym chciały przeszkodzić. A on nie czuł już ani tych fal, ani zimna. Szedł w kierunku otwartego nieba, coraz dalej i dalej. Nie oglądał się już wcale za siebie i oddalał nieuchronnie od brzegu. Nikt go nie wołał, nie próbował zawrócić, tylko jakaś mewa z bezsilnym krzykiem trzepotała nad jego głową. W groteskowym geście wyciągnął przed siebie ramiona, chciał podskoczyć do góry, dotknąć nieba, lecz zatoczył się, a powracająca fala podcięła mu nogi, ale jakoś się w końcu wynurzył. Wyłonił się z fali, wyprostował i zawołał w stronę szybujących ptaków, do kogoś, kogo może u góry zobaczył.

— Dziękuję!

Rozłożył ręce, ostatni raz spojrzał na niebo, a potem zaczął pogrążać się w wodzie. Fala głaskała go miękko, jak niegdyś dotyk czułej dłoni. Próbował sobie przypomnieć tę dłoń. Matka, żona, kochanka? Czuł w sobie potrzebę chrztu ostatecznego, uwolnienia się z ludzkich słabości i pozbycia problemów. Poddał się temu z rozkoszą, jak pieszczocie. Nic już nie miało znaczenia, tylko ten dotyk.

Mela w tym czasie jechała na spotkanie z przeszłością, tylko kilka przystanków tramwajem, resztę drogi chciała pokonać piechotą. Postanowiła przejść cały odcinek od miejsca, gdzie tramwaj zakręcał i dużym łukiem wjeżdżał w aleję młodych dębów, aż pod sam dom. Nie tylko okna były dla niej ważne. Jeśli ma poznać miasto od początku, to zacznie od punktu zero. Musiała doświadczyć tego cudu z pełną świadomością, odebrać całą sobą moment powrotu po latach, do swojej dzielnicy, na swoją ulicę, przejść ją i dopiero wtedy stanąć pod domem, w którym przyszła na świat. Postawić nogi tu, i od tego miejsca zacząć swoją nową wędrówkę. Robiła to z ogromnej tęsknoty, ale również dlatego, że inaczej nic nie byłoby możliwe. Nie byłoby kolejnych narodzin i nowych planów. Tu się wszystko skończyło i tu powinno się zacząć. Boże, jak bardzo za tym miejscem tęskniła.

W łuk drogi weszła spokojna. Potem zatrzymała się i ze strachem podniosła głowę. Ulica stała otworem. Mela z trudem zachowywała spokój. Chyba w życiu nie doświadczyła szczęśliwszej chwili. Ileż optymizmu trzeba było mieć, wierząc, że jeszcze tu wróci. Szczupła i wysoka, w ciemnej sukience i w szarym żakiecie, kiedyś zazwyczaj w spodniach, tak samo prosta i tak samo dumna.

Zrobiła jeszcze kilka kroków i nieśmiało spojrzała pod nogi. Bała się, że już nie odnajdzie tych samych kamieni, że musiałby zdarzyć cud, żeby i one przetrwały. Pamiętała, że tu, zaraz za zakrętem, gdzie zazwyczaj żegnała się z Kostkiem, była taka duża płyta pęknięta w poprzek. W szparze między połówkami wyrastał wiosną mech. Teraz była wiosna. Mela spojrzała pod nogi… kamienie zostały. Dwa równe kawałki betonu, w samym środku chodnika. Ten kawałek przeszłości tak ją rozczulił, że prawie przestała oddychać. Zamroczyła ją tęsknota za Kostkiem.

Była wtedy taka zakochana. Świata poza nim nie widziała. Na tym zakręcie rozchodziły się ich drogi. On jechał dalej tramwajem, ona piechotą do domu. Nie mogli oderwać od siebie oczu. Stali na tych połówkach kamienia zakochani, całując się nieprzytomnie. Aż wszystko ją od tej miłości bolało. Zamknęła oczy, jak kiedyś i czuła, że jeszcze ją boli.

Aleja dębów zmieniła się nie do poznania. Drzewa wyrosły, zamknęły się wielką koroną ponad torami, którymi jak dawniej kursował tramwaj. Wzdłuż szerokich niegdyś chodników, po obu stronach powstały ciągnące się bez końca parkingi. Zasłaniały Meli perspektywę drogi i już nie mogła zobaczyć jak opada w dół i kończy się na samym skraju jej domem. Przeszła piechotą całe dwa przystanki. Wysepki dla pasażerów zmieniły swoje położenie. Były teraz obudowane wiatami z pleksi i oklejone kolorowymi reklamami pism. Kamienice zmieniły się niewiele. Ten sam czarno-szary tynk, stare bramy, niektóre lepiej, inne gorzej utrzymane. W suterenach jak kiedyś sklepy i punkty usługowe, tylko więcej ich i bardziej rzucały się w oczy.

Kiedy wreszcie stanęła pod domem, ogarnął ją absolutny spokój. Z zazdrością spojrzała do góry. Ktoś wymienił ich okna na nowe, proste, jednoczęściowe. Tylko to od salonu miało dodatkowe skrzydło, ale bardzo wąskie. W oknach były firanki, a jakże. Może nazbyt ozdobne, ale nawet podobne do tych, które kiedyś robiła jej mama. Czuła, że wreszcie wróciła do domu. Trudno jej było uwierzyć. Stała pod oknami sypialni rodziców, pod oknem, za którym była kuchnia i gabinet taty, nie mogła tam wejść, ale i tak była nieziemsko szczęśliwa. Obiecała sobie, że znowu tu przyjdzie, żeby się ogrzać w cieple tego domu, a raczej w jego przytulnym cieniu. Może, jeśli starczy jej kiedyś odwagi, wejdzie na podwórko, zajrzy do ogrodu, czy stoi tam ławka, na której siadała z Norką po przyjściu ze szkoły. Ale to pozostawi sobie na później. Nie wszystko na raz. Czasu jest dość, a przyjemności trzeba dawkować.

Krystyna Januszewska "Ostatnia kwadra Księżyca"; Wydawnictwo: Zysk; Format: 135 x 215 mm; Liczba stron: 560; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-7506-463-6

Ostatnia książka? - informacja o "Kwadrze"

Kup książkę

Tagi: Kalicińska, Gutowska-Adamczyk, Kowalewska, Zysk,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany