"Nie umiem się nadmiernie reklamować" - słów kilka Marty Szarejko

kzarecka

2010-10-20

martaszarejko_160Marta Szarejko, autorka "Nie ma o czym mówić", to niezwykle utalentowana dziennikarka. Materiał do książki, którą wydało wydawnictwo AMEA, zbierała pięć lat temu. Rozmawiała z ludźmi, wysłuchiwała ich historii, zapamiętywała (co ważne - nie nagrywała). A później w kilku zdaniach potrafiła streścić całe ich życie... Wyjątkowa zdolność. Marta Szarejko - jeśli do tej pory o niej nie słyszeliście (wielu wie, wielu słyszało, wielu kojarzy, choć autorce trudno w to uwierzyć), zapamiętajcie nazwisko. Warto.



Katarzyna Zarecka: - Dziennikarka, recenzentka, reportażystka, pisarka – określa się Pani takimi "tytułami"?

Marta Szarejko: -
Mówię, że jestem dziennikarką. Nie używam słowa "pisarka" – za mało napisałam, to bardzo zobowiązujące określenie.

Jest Pani, jak dopiero co odkryta debiutantka (a przecież nazwisko "Szarejko" jest znane) – w Internecie prawie nic o Pani nie ma. Nie ma Pani w sobie parcia do popularności?

Jestem debiutantką, moje nazwisko nie jest znane. I nie mam w sobie "parcia do popularności" (mam nadzieję, że nigdy nie będę miała). W Internecie są moje teksty. Czy oczekuje Pani, że wkrótce ukażą się zdjęcia z bankietów, na których ktoś mnie przyłapał z niedopałkiem w jednej dłoni i resztkami krewetek w drugiej, czy filmików na YouTube, na których widać rozszerzone pory na mojej twarzy i sińce pod oczami?

A nie boi się Pani oskarżeń, że "Nie ma o czym mówić" to po części "odgrzewany temat"? Wiele opowiadań ujrzało światło dzienne dawno temu. Na dodatek nie w niszowej gazetce, a potężnej Wyborczej.

Tekst w gazecie żyje kilka dni. Najwyżej tydzień. I tyle ma żyć. Niewielu jest czytelników zbierających archiwalne numery Dużego Formatu z ulubionymi reportażami. Nie boję się takich oskarżeń. Po pierwsze – niewiele tekstów z tej książki ujrzało wcześniej światło dzienne, po drugie - nie są to opowiadania.

Księga Kloszarda ukazała się na łamach Dużego Formatu grubo ponad dwa lata temu. Długo kazała Pani czekać czytelnikom na zbiór wydany przez Beatę Rudzińską. Nie szukała Pani wcześniej wydawnictwa chętnego do opublikowania tekstów?

Nie umiem się nadmiernie reklamować. Książka leżała bezwładnie przez pięć lat. Bardzo się cieszę, że ukazała się właśnie teraz.

Jeszcze pociągnę temat Księgi Kloszarda – wizualizację do opowiadań zrobiło Twożywo. Okładkę do "Nie ma o czym mówić" również. Zbieg okoliczności, bo przecież Twożywo jest "ręką mistrza" przy okładkach serii Krótkie Formy. Ucieszyła się Pani z tego faktu, czy nie miało to najmniejszego znaczenia, kto zaprojektuje formę graficzną?

Dlaczego używa Pani słowa wizualizacja? To chyba niezbyt szczęśliwe słowo w tym kontekście. Poza tym, to nie jest zbieg okoliczności. Twożywo zrobiło ilustracje do tekstu w Dużym Formacie, które bardzo mi się spodobały. Potem podsunęłam pomysł Beacie na okładkę książki. Twożywo zgodziło się nie tylko na tę okładkę, ale na stworzenie całej serii. Oczywiście, że się ucieszyłam, było to dla mnie bardzo ważne – uważam, że książka powinna być spójna. Treść musi współgrać z grafiką.

Młoda, ładna dziewczyna zainteresowała się ludźmi, którzy dla wielu uchodzą, jak sama Pani wie - często bardzo mylnie, za mogących być niebezpiecznymi. Ostrzegano Panią, próbowano odwieść od pomysłu?

Czy uważa Pani, że osobami bezdomnymi powinni zajmować się tylko starzy, brzydcy ludzie? Ludzie bezdomni uchodzą raczej za osoby, które śmierdzą, piją alkohol i nie są nadmiernie pracowite. Nie przeżyłam żadnej niebezpiecznej sytuacji w noclegowniach i schroniskach. Na szczęście nikomu z moich przyjaciół nie przyszło do głowy odwodzenie mnie od tego pomysłu.

Kto zatem z "Nie ma o czym mówić" zapadł Pani najbardziej w pamięć? I dlaczego?

Wielu bezdomnych zapadło mi w pamięć. Większość bohaterów mojej książki są (nieprzypadkowo) tymi właśnie osobami.

Gdy "Bluszcz" pojawił się ponownie w sprzedaży, ucieszył grono ludzi (zarówno kobiet, jak i mężczyzn). Na stronie oficjalnej Bluszcz.com.pl widnieje napis "Pismo miesięczne ilustrowane dla kobiet", natomiast na gazecie "Pismo miesięczne ilustrowane nie tylko dla kobiet". Przyznam szczerze – dopiero niedawno zauważyłam różnicę. Pytanie prawie rodem z "lub czasopism", ale proszę powiedzieć – robi to właściwie jakąś różnicę?

Może, dlatego że bardzo niedawno nowy redaktor naczelny miesięcznika "Bluszcz" wprowadził tę zmianę? (dokładnie w październiku). Wyjaśnienie znajdzie Pani w edytorialu. Podpisała się pod nim cała redakcja. Uważam, że to ogromna różnica.

A czy poza "Bluszczem" jeszcze gdzieś Pani publikuje?

Nie.

Pisze Pani książkę? I nie mam na myśli kolejnego zbioru opowiadań, ale "zwykłą, poczciwą" powieść?

Nie. Nie piszę powieści. W ogóle nie piszę książki. Ale bardzo chciałabym napisać zbiór opowiadań, ponieważ nigdy tego nie zrobiłam, a myślę, że opowiadanie to bardzo ważny i jednocześnie zaniedbany niestety gatunek.

I na koniec ten Hitchcock – ulubiony film?

"Okno na podwórze". I "Vertigo".


Recenzja książki "Nie ma o czym mówić"


W numerze 25 (październikowym) "Bluszcza" redaktor naczelny Rafał Bryndal zamieścił wstęp, w którym przedstawia "kilka ambitnych postanowień". Jest o odświeżaniu atmosfery, o przemeblowaniu otoczenia. Wszystko po to, by wszystkim ludziom pismo czytało się lepiej. Poniżej owy tekst, specjalnie dla zainteresowanych, zamieszczam. (KZ)

Rafał Bryndal: - Gdy ponad dwa lata temu w pośredni sposób uczestniczyłem w narodzinach "Bluszcza", czułem się trochę jak członek rodziny czekający pod telefonem na pomyślne wieści z porodówki. Ściskałem kciuki niczym wiązankę kwiatów i wysyłałem entuzjastyczne telegramy, gratulując szczęśliwym i dumnym rodzicom pierwszego wydania. Od tego czasu minęły dwa lata, co przyjąłem ze zdziwieniem i z tego typu zaskoczeniem, jakie towarzyszy mi, gdy za każdym razem odcinają w moim mieszkaniu dopływ prądu, bo minął już dawno czas na zapłacenie rachunku. Czas nieubłaganie biegnie do przodu, bijąc co roku rekordy szybkości. Słońce świeci, ludzie się kochają, a literatura nie bacząc na niesprzyjające czasem warunki atmosferyczne wystawia na pokuszenie naszą wrażliwość. Nic więc dziwnego, że w takich okolicznościach "Bluszcz" również się rozwija, wypuszczając coraz to nowe pędy i korzenie, które sprawiają, że chcąc nie chcąc jesteśmy coraz bardziej wplątani we wszystko, co piękne, zmysłowe, mądre, groteskowe i na tyle malownicze, by to nieustannie pielęgnować. Chwała wszystkim ogrodnikom, którzy do tej pory potrafili w tak niepowtarzalny sposób zająć uwagę świata pismem, które wymyka się powszechnie preferowanym trendom. Wielkie podziękowania tym wszystkim, którzy pod przewodnictwem naczelnej potrafili wyczarować z naszej codzienności niepowtarzalne chwile zadumy, melancholii, radości, refleksji, czyli wywołać w nas wszystko, co sprawia, że jesteśmy choć o jeden dobry uczynek lepsi. Jestem przekonany, że między innymi dzięki "Bluszczowi" wielu z nas może poruszać się bardziej pewnie i przyjemniej po naszym świecie, który złośliwi badacze opinii publicznej nazywają czasem niszą. Nas to nie zraża, bowiem w tej krainie czujemy się najlepiej.
Czasami jednak ten skrawek nieba, ten nasz kawałek podłogi, tę obrośniętą altanę warto urządzić trochę inaczej. Przy zmieniających się jak
fryzury niektórych prezenterek telewizyjnych warunkach wypada odświeżyć atmosferę, przemeblować otoczenie, by ludziom czytało się lepiej, "Bluszcz" rósł w siłę i
rozwijał się zgodnie z naszą poetycką naturą.

Sytuacje życiowe, tak jak schody ruchome na Dworcu Centralnym, jeśli nie są akurat w remoncie, bywają niezmiernie dynamiczne. Pojawiają się nagle niespodzianki, które jak absurdalne zwroty akcji w czytanej jednym tchem książce, wprawiają człowieka w osłupienie. W podobny sposób zaskoczyła mnie propozycja objęcia
fotela, a w zasadzie rozkładanego plastikowego krzesła redaktora naczelnego. Z ostatniej strony trafiłem na trzecią, co nie tylko mi może wydawać się szokującym awansem. Mój kobiecy pierwiastek wielokrotnie spotęgowany między innymi przez lekturę tego pisma sprawił, że podjąłem wyzwanie. Postaram się nie zawieść oczekiwań i sprostać medialnej rzeczywistości. Już od następnego numeru będzie można zaobserwować w jaki sposób te ambitne postanowienia wprowadzamy w czyn.

Mam nadzieję, że za dwa lata spotkamy się również na trzeciej stronie "Bluszcza" w podobnie doskonałym nastroju, i równie spontanicznie ciesząc się z kolejnego udanego jubileuszu.

Tagi: Izabela Szolc, Naga, O snach, Beata Rudzińska, Edyta Szałek, Nie pytaj o Polskę, Nie ma o czym mówić,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany