Zamiast pseudoleków

kzarecka

2010-12-01

kudlata_160.Przeszłam w swoim życiu wszystko - niedoskonale wybrałam faceta, zbrzydłam, wypiłam morze wina i oczywiście, jak na Matkę Polkę przystało, mam porządny celullitis, rozstępy i zmarszczki. Jakże przyjemny i szczery tekst zamieszczono na okładce "Kudłatej" Doroty Berg. Tylko... ta młoda kobieta z kieliszkiem jakaś taka... zbyt ładna (przynajmniej jak na tak zapowiadaną opowieść). Czepiać jednak się nie będą. Jak jest, tak jest. Grunt, że "Kudłata" to historia antydepresyjna, a jak słyszałam dzisiaj w radiowej reklamie: "Co dziesiąty Polak cierpi na depresję" (nie rozwinę bzdurnej informacji z owej reklamy, że chorobę można wyleczyć w... dziesięć dni; to już lepiej oddać się lekturze).


O książce - Historia o kobiecie poszukującej normalności. Biały domek na przedmieściach, w ogródku gromadka szczęśliwych dzieciaków, a przy rozpalonym grillu przystojny mąż wpatrzony z miłością w spełnioną żonę swoich marzeń. Tak miało być. Ale los zagrał jej na nosie… Dogonić szczęście, podnosić się wielokrotnie z kolan, zawsze widzieć światełko w tunelu i nie poddawać się – to historia życia Kudłatej, trzydziestokilkuletniej Matki Polki, która niemal traci nadzieję na prawdziwą miłość i radość życia. Świat pełen przeciwieństw, smutku i radości, poukładanych i pobałaganionych wartości, wina, łez i śmiechu. Opowieść o tym, jak pogodzić przyjaźń, rodzinę, macierzyństwo i karierę, czyli nasze babskie codziennostki.

Fragment

Byliśmy jak papużki nierozłączki, ciągle razem, do wyrzygania. Tkwiąc po uszy w tym pozornym błogostanie, snułam spokojnie wizje rodem z amerykańskich seriali o domku na przedmieściach z gromadką dzieci i Misiem w roli głównej. Te wizje mi przeszły, kiedy postanowiłam ustalić z wieloletnim ukochanym datę ślubu.

Wtedy to właśnie mój Misiaczek zapadł na chorobę zwaną na studiach "syndromem piątego roku", czyli na patologiczną formę carpe diem. Na piątym roku trzeba się wyhulać na maksa, żeby potem niczego nie żałować w dorosłym życiu. Więc tak zwany Miś zaczął nagle wykazywać zainteresowanie płcią przeciwną, które graniczyło z chorobą psychiczną. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba – nagle i bez uprzedzenia. Jego "choroba" miała przebieg ostry i gwałtowny. Co dziwne, dotkliwiej dotykała mnie niż samego zarażonego. Miś, wkrótce po tym, jak ustaliliśmy (trzymając się za ręce i patrząc sobie głęboko w oczy) datę zaręczyn i ślubu, zaczął niespodziewanie dla mnie i dla siebie samego zauważać, że naszą czcigodną planetę zamieszkują oprócz mnie również inne kobiety. Swoim odkryciem nie mógł się nadziwić i nazachwycać. Patrzył na kobity jak bobas na bańkę mydlaną – z tępawym, pełnym niedowierzania olśnieniem w oczach. Zaczął się tak zachowywać wszędzie i zawsze: na przystanku autobusowym, na uczelni, w sklepie, a najgorzej na imprezach; wtedy jego gałki oczne dokonywały szczególnie wielu pląsów i wywracały się niemal na widok płci pięknej (choć nie zawsze). Oczywiście skoro to piszę, to znaczy że przeżyłam tę chorobę Misia. Uznałam, że jak objawy będą się nasilały, zaprowadzę go do okulisty albo sama wydłubię mu oczy, a przy okazji wybiję zęby. Czekałam cierpliwie na Misiowe ozdrowienie, ale zaczynałam się powoli niecierpliwić i odczuwać pewien dyskomfort, chociaż ów kochaś uspokajał mnie wypowiadanymi co godzina wyznaniami pełnymi najszczerszego oddania i miłości oraz obietnicami wspólnego życia aż do śmierci.

Cóż… myślałam, że przeczekam. Samo przyszło, samo przejdzie. I przeszło…

Pewnego zimowego dnia (dwa tygodnie przed naszymi zaręczynami) stałam na przystanku autobusowym na głównej ulicy Warszawy – na Marszałkowskiej. Był wieczór. Chciałam pojechać na dziewiętnastą na lekcję angielskiego, czekałam na dowolny autobus w tłumku przytupujących z zimna warszawiaków. Powietrze było ostre, włożyłam więc kaptur kurtki na głowę, żeby schronić się przed zimnem, i tupałam po skrzypiącym śniegu razem z owym tłumkiem, żeby nie przymarznąć do chodnika. Lekcje angielskiego miałam niezbyt daleko stąd i na szczęście każdy autobus mi pasował. Po kilku minutach przytupywania coś nadjechało. Nie spojrzałam nawet na numer autobusu i jak tylko usłyszałam syk pneumatycznie otwieranych drzwi pojazdu, wsiadłam. Zajęłam pierwsze wolne miejsce i obserwując czubki swoich butów, pogrążyłam się w rozmyślaniach o… o Misiu oczywiście. Miś dzisiaj zapowiedział, że ma wychodne na męską imprezę, więc, jak sam tytuł wydarzenia wskazuje, nie mogę z nim pójść. Impreza odbędzie się u kolesia zwanego dzięki swojej obciachowej fryzurze Janosikiem, mają być na niej: nasz wspólny przyjaciel Teddy, Jarek z uczelni i Tomek z osiedla. Powodem spotkania jest telewizorek z meczykiem piłeczki nożnej, której serdecznie nie znoszę po dziś dzień. Cóż, trudno. Ja na babskie party nie chodzę, ale miłość musi być wyrozumiała, pokorna i cierpliwa, więc dałam Misiowi paszport i wolne na ten wieczór. Pożegnaliśmy się, Miś zapewnił mnie, że będzie tęsknił i że kocha mnie bezgranicznie oraz że z bab na tym świecie liczę się dla niego tylko ja i jego matka, dał mi przeciągłego całusa i pojechał do siebie. Siedziałam w autobusie ukryta w kapturze, wpatrując się nadal w czubki butów, i rozmyślałam, jak zagospodarować sobie samotny wieczór. Nagle poczułam, że autobus skręca; wynurzyłam twarz spod kaptura i wyjrzałam przez okno. Co jest? Cholera! Gdzie ja jadę?! Rozejrzałam się w panicznym strachu po ludziach w autobusie. Dostrzegłam tabliczkę z numerem 111. Szlag by trafił!!! JEDYNY, który skręca na Pragę. Cholera, już nie zdążę na angielski! Ale zaraz, ten autobus na następnym przystanku zatrzymuje się pod domem Misia.

Dorota Berg "Kudłata"; Wydawnictwo: Prószyński; Format: 125 x 195 mm; Liczba stron: 312; Okładka: miękka; ISBN: 978-83-7648-509-6

KaHa

Kup książkę w księgarni Godi

Kup książkę w księgarni Albertus

Tagi: Monika Szwaja, Iza Sowa, Maja Kotarska, Po nie swoich stronach łóżka,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany