„Chciałbym tylko tyle, żeby książki różniły się od siebie, a były przy tym jednakowo ciekawe i wciągające. No, trochę górnolotne wymaganie…” – wywiad z Marcinem Pilisem

kzarecka

2010-12-23

marcin_pilis_160Są autorzy, których książki nas fascynują, mają siłę przyciągania. Powieści, które wręcz połykamy, a czasami odwrotnie - to one nas pożerają. Publikacje, od których boli nas żołądek. Bywa, że wszystko się w nas buntuje. Wszystko gotuje. Wszystko sprzeciwia. A najbardziej "cierpią" na tym nasze myśli. Zbombardowane gradem słów. Do pisarzy, których praca tak na nas wpływa, należy Marcin Pilis. Z pewnością. I choć to przerażające, cieszmy się, że mamy w kraju takich autorów.


Katarzyna Zarecka: - Nie będę pytać Pana, skąd pomysł na "Łąkę umarłych", bo wielokrotnie już Pan podkreślał, że wynika to z fascynacji tematem. Zatem koniec, to wystarczy. Ciekawi mnie coś zupełnie innego – jak się Panu pisało tę książkę? Nie należy przecież do łatwych, miłych i przyjemnych.

Marcin Pilis: - Dobrze, więc ani słowa o inspiracjach i tak dalej, bo - mówiąc szczerze – miałbym kłopot z odpowiedzią, która nie powielałaby tego, co już mówiłem. A co do samego procesu powstawania książki, pisało mi się bardzo przyjemnie. Chyba nie należę do kategorii autorów, którzy doznają wręcz uczucia cierpienia lub czegoś podobnego. W każdym razie, nie rwę włosów z głowy, same wypadają i nie zamierzam tego procesu przyspieszać. Oczywiście, pisanie powieści to czynność rozłożona w czasie, trwa wiele miesięcy, siłą rzeczy więc przychodzą momenty zwątpienia, przestoju, pewne fragmenty pisze się szybciej, inne wolniej. Grunt w tym, aby zachować regularność, narzucić sobie jakiś rytm i nie czekać na tzw. wenę, bo o ile być może odgrywa ona rolę w poezji – czego w zasadzie nie wiem, gdyż nie piszę wierszy – o tyle w powieściopisarstwie liczy się systematyczność. W trakcie pisania książka jest ciągle przy nas, towarzyszy przez całe dnie, niezależnie od tego, co właśnie robimy. "Łąkę" pisałem więc z dużą przyjemnością, nawet, gdy miałem przed sobą trudniejszy do rozwiązania problem fabularny. Można powiedzieć, że pisanie powieści jest swego rodzaju łamigłówką, która sama w sobie daje dużo zadowolenia. Mówi pani, że książka nie jest łatwa i przyjemna. No cóż, wydarzenia, które są w niej pokazane rzeczywiście są straszne. I właśnie pisanie tych mocnych, dramatycznych fragmentów najbardziej dawało się we znaki. To się bardzo głęboko odczuwa, kiedy naszym bohaterom bądź pobocznym postaciom dzieje się coś złego, te części pisze się najtrudniej. Na przykład w książce jest scena gwałtu, niedługa i dotycząca postaci trzecioplanowych, pojawiających się na chwilę, a jednak pisało się ją z trudem. Jednak sama scena była konieczna. Mimo to, w sensie ogólnym pisanie tej powieści dawało wiele satysfakcji.

Trudno zakwalifikować "Łąkę" do danej kategorii. Jest w niej coś z thrillera, rzekłabym – nawet horroru, jest wątek miłosny (choć, całe szczęście, nie jest tkliwie; emocje są jakby ucieczką, schronieniem), jest zastanawianie się nad ludzką egzystencją, nad wyborami, fascynujące studium człowieka… Oczywiście wrzucanie do jednego wora potrzebne nie jest, gdyby jednak ktoś chciał wiedzieć, z czym może mieć do czynienia, jakby wyjaśnił Pan to w kilku słowach – "Łąka" to …

... zgrabna powieść obyczajowa z elementami thrillera. No właśnie w kilku słowach to nie jest takie proste. Elementy, o których pani wspomniała, wskazują, że mamy w książce większą ilość wątków. To jest konieczne, jeśli chcemy, żeby powieść była pełna, czyli zawierała w sobie świat mocno zakorzeniony, żeby poprzez całą tę warstwę słów można było wczuć się w to, co jest pokazane. Po to są na przykład opisy wioski, budynków, powtarzanie o tym, że jest zimno i śnieżnie. Myślę, że ze względu na specyficzny nastrój i napięcie najbliżej "Łące" do thrillera.

Jak Pan sądzi, czy książki o tematyce religijnej, w których Bogu nie tworzy się kolorowanki, mają szansę na szersze przebicie się w "kraju wybranym"? Czytając, przykładowo, reportaże Mariusza Szczygła, można dowiedzieć się, że u naszych sąsiadów wydawane są publikacje, które Jezusa mieszają z seksem, orgazmem, narkotykami, wymiocinami. Autorzy twierdzą, że chcą zwrócić uwagę czytelników na wiarę, zmusić ich do myślenia. W Polsce tych książek nie ma i są marne szanse, by się pojawiły. Napisał Pan "Relikwię", w której pokazuje między innymi słabe strony księży. Podkreśla przy tym, że to przecież ludzie, zatem i w tej grupie nie ma samych aniołów. I choć był Pan łagodny w porównaniu z czeskimi pisarzami, sam trafił na spotkaniu autorskim na człowieka, który nieprzychylnie wypowiadał się o książce, której… w rzeczywistości nie przeczytał.


Co do samego Jezusa, sądzę, że nie ma potrzeby pisać o nim w jakiś bardzo mocny sposób, wikłania go w sprośności ludzkie itp. On jako postać nie jest namacalny. Niech pozostanie tam, gdzie jest. O wiele ciekawsze jest natomiast podejmowanie takich prób w odniesieniu do zwykłych ludzi, nie boga, legendy, mitu lub proroka, tylko mijających nas na ulicy ludzi. Chodzi o to, żeby dotknąć tego, co dotykalne. Tak było w przypadku "Relikwii" i pokazanych w niej księży i środowiska parafialnego. Koncentrujemy się na ludziach, zawsze i wszędzie są tylko ludzie. Ludzie tworzą idee i ludzie chcą je przekształcać w rzeczywistość, z czego – jak wiadomo – wynika wiele cierpienia, a najwięcej cierpią ci, których idea co najmniej nie pociąga. W konsekwencji abstrakcyjna idea staje się szaleństwem ludzi, czystą grozą. Jednak nie wolno zapominać, że wszelkie instytucje, także te opierające się na ideowej tradycji, to zawsze zbiór pojedynczych ludzi powiązanych siecią zależności. Kościół to także nic innego jak określone zbiorowisko, w którym dzieje się tak lub dzieje się inaczej ze względu na decyzje podejmowane przez te lub inne osoby. Jest więc czymś oczywistym, że jednostki tkwiące w sieci powiązań i wyrzeczeń stają przed niezmiernie trudnym zadaniem dochowania wierności sobie i wierze, nie mając właściwie pewności, że jest to w ich przypadku możliwe. Wiele w ostatnim czasie przykładów rzucania sutanny, zwątpienia wśród księży. Cały problem w tym, że być może, aby dochować owej szerokiej wierności, księża czują się zmuszeni tkwić mentalnie w systemie pojęć i języka, a co za tym idzie, również zachowania i decyzyjności, który nie przystaje do dzisiejszego świata. Że tak zwana liberalizacja stosunków społecznych dla wielu z nich oznacza jeszcze większą skalę wyrzeczenia. Bo przecież oni wyrzekają się świata, który ich otacza, który zewsząd napiera, a przy tym jest niezmiernie atrakcyjny. Wyrzekają się go na korzyść pewnej izolacji, odseparowania od zwykłych problemów, na korzyść instytucji działającej w imieniu istoty nie z tego świata. W "Relikwii" do pewnego stopnia jest to pokazane. Główny bohater tarmosi się sam z sobą, jego zwątpienie staje się coraz większe. I myślę, że dla wielu polskich czytelników nie jest to zresztą nic nowego. Problem w tym, że jest może i równie liczna grupa Polaków, dla których Kościół jest wyrocznią, niepodlegającą krytyce. Dla jeszcze innych nienaruszalną wyrocznią jest słynne toruńskie radio, co już zupełnie uniemożliwia porozumienie, gdyż nasyceni jego przekazem ludzie bywają zasklepieni w swojej wizji i nie tolerują wymiany zdań. Dla nich naruszenie pewnych form, tradycji i pokazanie, że ksiądz na przykład sika może być trudne do zaakceptowania. Widzą w księdzu raczej ikonę, nie postać, borykającą się z ograniczeniami ciała. A przecież w łonie Kościoła dochodziło do przypadków pedofilii. Jeden z bohaterów "Relikwii" to okrutny ksiądz-pedofil. Słabość tkwi w człowieku, nie w idei bądź religii, której stara się być wierny. Idea jest zawsze silna, skoro stoją za nią miliony. Możliwe, że pan, który na spotkaniu krytykował "Relikwię", nie przeczytawszy jej wcześniej, kierował się w myśleniu abstrakcyjnymi uogólnieniami, gdy tymczasem chodziło mi o redukcję do poziomu człowieka, jednostki. Kto wie, może właśnie, wracając do pani pytania, wiele osób w Polsce nie jest przygotowanych na taką redukcję, gdyż obraca się w sferze chwalebnych pojęć odnoszących się do iluzorycznych bytów ponadindywidualnych, które tylko zaciemniają obraz prawdziwego życia z krwi i kości. Dlatego posługiwanie się na co dzień czarno-białą, nacechowaną wojowniczością retoryką osłabia widzenie, a wręcz może uniemożliwiać odbiór powieści takich jak "Relikwia". Co nie oznacza, że nie powinniśmy o tych sprawach pisać. To samo zresztą odnosi się do "Łąki" i pokazanych w niej stosunkach polsko-żydowskich. Jeśli Polak zabija Żyda i jeszcze liczy na to, że zagarnie jego dobytek, to nie robi tego, dlatego że urodził się Polakiem, nie jest to w każdym razie warunek konieczny, tylko, dlatego że jest złym człowiekiem. To banał, ale często w szale narodowych oskarżeń i nienawiści zapomina się o tym.


Interesują Pana rozważania nad człowiekiem? Takie odnoszę wrażenie po lekturze książek.


O tak, to przecież bardzo ciekawe zjawisko, ten człowiek. Właściwie, podczas pisania powieści, wychodzi to jak gdyby samo. To znaczy, mamy jakąś fabułę i staramy się ją rozwijać, ale gdzieś pod spodem nadal kotłują się te pytania o naturę człowieka. To pojęcie różni dekonstrukcjoniści chcieliby zepchnąć w kąt, stwierdzić, że nic takiego nie występuje, bo wszystko zmienia się w zależności od kultury, epoki itp., a nasze poznanie to zlepek konstrukcji językowych. Gdyby tak było, to zapewne pisarze nie wykorzystywaliby starożytnych mitów w swoich książkach, bazując w ten sposób na właściwościach tożsamych wszystkim. W moim przekonaniu nie da się człowieka ostatecznie zrelatywizować. W pisaniu, mam wrażenie, udaje się czasami zbliżyć do tej nieodkrytej istoty, jaką jest człowiek. Jest to nauka zarówno dla piszącego, jak czytającego. Kiedy czytam literaturę, wydaje mi się, że jest w niej więcej o człowieku niż w filozoficznych lub psychologicznych traktatach. W dobrej książce po prostu więcej widać.


Okładka – produkt finalny - Pana najnowszej powieści jest składową dwóch, które pokazał Pan czytelnikom w Facebooku. Cytuję: "Sam nie wiem, co lepsze, gdyby te ciemne chmury i horyzont przenieść na projekt ze świecami, byłoby chyba ok". I tak się stało. Dobrze, bo efekt końcowy jest naprawdę doskonały. Ma pan spory wpływ na szatę graficzną swoich książek, czy wszystko ogranicza się tylko do wyboru podesłanych projektów?


Ogranicza się do wyrażenia opinii, natomiast nie mam wpływu na to, jaki będzie efekt finalny. Osobiście okładka mi się bardzo podoba.


Jak się Panu współpracuje z Moniką Szwają? Jest w Polsce pewna grupa autorów, która stara się promować innych. Jednak tylko nieliczni, w tym Monika Szwaja, rzeczywiście mocno się w to angażują: czytają nadesłane teksty, wyrażają swoje opinie…


Współpraca przebiega znakomicie. Cenię sobie kontakt z panią Moniką, była zresztą jedną z pierwszych osób, które czytały "Łąkę". Ale pani Monika wspólnie z Mariuszem Krzyżanowskim prowadzi wydawnictwo, więc nic dziwnego, że czyta teksty. Atmosfera w SOL-u jest natomiast niezmiernie przyjemna i na każdym etapie współpracy wszystko przebiega świetnie. Wiem, że rozmaici autorzy mieli też niemiłe doświadczenia z wydawcami, ale akurat mnie to nie dotknęło. Ani w Bliskim, ani w SOL-u. Podejście do autora ze strony tych wydawców jest naprawdę pełne zrozumienia.


Nie chciał Pan zostać w wydawnictwie Bliskim? Po śmierci Eli Majcherczyk nie upadło. Trwa. Próbuje się rozwijać.


Poruszyła pani bardzo smutną sprawę. Tak się składa, że "Relikwia" była ostatnią książką wydaną przez panią Elę. Nie mam dokładnej wiedzy na ten temat, ale prawdopodobnie nie było w owym czasie, niemal rok temu, pewne, co dalej z Bliskim. Pewnego dnia pani Ela zadzwoniła i zakomunikowała mi, że jest wydawca, który jest gotów przejąć "Relikwię". Rozmowa ta była dla mnie wstrząsająca nie tyle z powodu losów książki, ale dlatego, że pani Ela nie owijała w bawełnę mówiąc o przyczynach takiego kroku. Wiem, że podobne propozycje złożyła również innym autorom Bliskiego. To zupełnie niezwykły gest z jej strony, ponieważ, mimo osobistej tragedii, nie wiedząc, co będzie dalej, pamiętała o nas, o tych naszych książkach, które nagle zawisły w jakimś niebycie. I tak już zostało, że podpisałem umowę z SOL-em.


Czy uważa się Pan za pisarza poszukującego? Podobno dla kolejnej książki szuka Pan nowej, niewypróbowanej jeszcze przez Pana, formy?


Rozmyślając na książką, zazwyczaj zaczynam od strony konstrukcji, zastanawiam się, jaki układ byłby najciekawszy, najlepszy dla czytelnika, a jednocześnie najlepiej pasował do tematyki. Jest to powiązane z obmyśleniem fabuły. Chociaż, jak zwykle, podczas pisania fabuła ta ulega nieprzewidzianym załamaniom, przemianom. To zresztą w pisaniu jest najfajniejsze, że nigdy się nie wie, co z tego wyjdzie, jakie pojawią się nowe postaci lub wątki. Natomiast nie chciałbym popaść w prosty schemat. Tylko nie wiem, czy mi się to uda, bo jednak zawsze znajdzie się taki poziom, na który schematyzm widać, tego do końca chyba nie da się uniknąć. Chciałbym tylko tyle, żeby książki różniły się od siebie, a były przy tym jednakowo ciekawe i wciągające. No, trochę górnolotne wymaganie, ale sądzę, że nie ma sensu zasiadać do pisania nie zakładając jednocześnie, że chce się napisać jeszcze lepszą książkę.


Jest Pan w trakcie pisania, czy dopiero powoli rodzi się zamysł na fabułę?

Już się pisze, zima to dobry czas na rozpoczęcie pisania. Nie chciałbym ujawniać zbyt wiele. Powieść będzie w największym skrócie o mężczyznach, kobietach i dzieciach. Zależy mi, żeby miała, tak jak w przypadku "Łąki" to coś, co nazywa się klimatem.


"Łąka umarłych" - recenzja

"Muszę się tylko przyzwyczaić..." - fragment "Łąki umarłych"

Kup książki Marcina Pilisa

Tagi: Marcin Pilis, Rzeka szaleństwa, SOL, Monika Szwaja. Homa, Kuczyński,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany