Poszarpany sen, czyli fragment udanego debiutu

kzarecka

2007-10-02

sen2_160_01Od dzisiaj każdy z Was będzie mógł zatopić się w tajemnicy Grety - bohaterki debiutanckiej książki Edyty Szałek. Dokładnie dzisiaj, ponieważ, jak trąbiono na wschodzi i zachodzie, północy i południu kraju, 2 października "Sen Zielonych Powiek" miał wkroczyć na księgarskie półki. Fani Szałek, bo takowych autorka zdążyła sobie nazbierać pisząc do "Zwierciadła", z pewnością już zacierają ręce. Ci, którzy to imię i nazwisko słyszą po raz pierwszy, mogą zapoznać się ze stylem autorki tutaj. Poniżej publikujemy dłuższy fragment powieści.



Fragment
Lubię moją samotność. Nie rozumiem ludzi, którzy się jej boją. Samotność pozwala na zaczynanie każdego dnia od nowa bez obawy, że jest się za kogoś odpowiedzialnym, ze jeśli wstaniemy za późno z łóżka ktoś nie dostanie na czas śniadania, a ktoś inny będzie miał zasikanego pampersa. Samotne powietrze pachnie zawsze tak samo, zawsze wiem kiedy mogę spodziewać się chłodnego wiatru przez uchylone okno, wiem, ze jeśli poruszę gwałtownie pledem, to kolor pyłków będzie zawsze ten sam. Moje życie opiera się o ciszę. O poukładane książki, filmy na srebrnych krążkach i muzykę. Moja cisza ma zapach i smak rozpoznawalny przeze mnie łatwo i nawet po ciemku. Próbowałam rozbudzić w sobie uczucie zazdrości lub niechęci do osób żyjących stadnie, ale nie potrafię; myślę o ludziach jak o równoległych światach, współistniejących ze mną, jak o strunach tego samego instrumentu, ale brzmiących inaczej. Czasami chciałabym tęsknić za tym za czym tęsknią oni, ale nie mogę, nie potrafię...

Kilka dni temu koleżanka poprosiła bym popilnowała jej dziecko. Nie odmówiłam tylko dlatego, ze podobają mi się jej usta i zapach. Wzięłam je na ręce i czułam jakie jest mięciutkie i delikatne; pachniało mydłem i miało sweterek w różowe owieczki. Włączyłam muzykę i obserwowałam jak chodzi po mieszkaniu i zostawia wszędzie wilgotne odciski swoich łapek. Nie zamieniłam z nim ani słowa. Wiedziałam czego oczekuje, zanim pociesznymi próbami wyartykułowało dźwięk. Czy mam wyrzuty sumienia, że nie próbowałam wykorzystać okazji i ogrzać moje serce dziecięcą miękkością? Nie. Tkwiliśmy w mojej ciszy przez dwie godziny; ja, Mozart i mały człowiek. Gdy w którymś momencie powiedziało: ma ma, charakterystycznie rozdzielając sylaby, wzięłam je na ręce i podeszłam do okna, z którego rozciągała się panorama na wielkomiejski keks. Wszystko dookoła było ciemnym ciastem poprzetykanym światłami, niczym kandyzowanymi owocami. Wskazałam palcem, a małe wilgotne oczy podążyły ich śladem. Maluch odwrócił wzrok od szyby, popatrzył na mnie i dotknął mojego policzka. Czułam ja przyklejają się do niego kukurydziane resztki. Gdyby nie to, że dziecko było subtelne i spokojne, poszłabym do łazienki, zmyła makijaż i zrobiła go na nowo, ale i tak nigdzie już dziś nie wychodziłam... Po jakimś czasie maluch zniknął, ubrany przez mamę w puszyste i pastelowe skrzydełka. Ją zobaczę jutro, jego nie wiem... Gdy ostatni szmer zapachów ulotnił się, usunęłam wszystkie ślady ich bytności. Spryskałam i wylśniłam każdy centymetr podłogi i szyb...

Nie mogę wyczyścić własnego sumienia, więc nauczyłam się sprzątać i dbać o siebie z prawdziwa wirtuozerią. Zawsze wieczorem pijam herbatę mandarynkową. Lubię dźwięk słowa: mandarynka, przypomina mi turlanie się czegoś lub stukanie palców po stole. Lubię też mandarynki. Mieszczą się w dłoni, a ich cząstki mieszczą się w ustach na raz.

Jest już późno; miałam obejrzeć "Tam gdzie rosną poziomki", ale jutro mam ważne spotkanie, chcę jeszcze raz usystematyzować argumenty i wypocząć, by jutro wygrać. Jeszcze tylko wieczorny rytuał dokładnego usunięcia makijażu, miękkie ugryzienia ręcznika, nałożenie kremu, pod oczy, na twarz, na ciało, na serce... Pomimo mojej dbałości o czystość mam słabość do chodzenia na boso. Odcinek z łazienki do łóżka zawsze pokonuję bez kapci, wystukując ciepły rytm piętami. Później siadam na łóżku, podnoszę po kolei każdą stopę do góry i badam co zdążyło się do nich przykleić. Dziwne, że czasami są to okruchy zupełnie nie z mojego świata, przeniesione jakimś cudem i wprawnie zakamuflowane. Widzę je jako tajne drobinki z podniesionymi, czarnymi kołnierzami... Dziś mam krótki, biały włos z psiej, albo kociej sierści, mały kształt przypominający mrówczą nogę i kilka kolorowych kurzowych paproszków...

Przy moim łóżku zawsze ta sama książka. 1001 filmów, które warto zobaczyć. Mogę czytać w między czasie wiele innych, ale ta zawsze musi być pod ręką. To mój podręcznik życia. Z niej uczę się wszystkich zachowań, trików, okazywania uczuć... To moja biblia. Zbyt krótko będę żyła, by zgromadzić wszystkie doświadczenia. Niewiele też zdarzy się sytuacji, które uważam za ciekawe. Dzięki taj lekturze i w oparciu o kino jestem w stanie indukować wszystko, co może przydarzyć się człowiekowi. Moje życie to film. Witraż z dramatu, melodramatu, komedii, filmu noir... Bo czyż życie nie jest filmem? Różnica pomiędzy moim filmem, a filmami innych ludzi jest taka, że mi nie wystarcza jedna rola, muszę wygrać je wszystkie.

O ironio! Nawet imię mam filmowe. Kiedyś wydawało mi się pompatyczne, ale z wiekiem doceniłam jego oryginalność. Zawsze, gdy się przedstawiam. Ludzie z głupim uśmiechem pytają: "Garbo?", a ja wtedy w zależności od tego, czy człowiek warty jest odpowiedzi, albo się uśmiecham, albo odpowiadam: "Nie, siostra Kaja"... Nie zawsze rozumieją... Bo Greta i Gerda brzmią tak podobnie... To taka smutna i zimna bajka... jak moje stopy, które bywają najbardziej samotnymi częściami mojego ciała.


Patrzyłam na parę unoszącą się znad kubka. Jedyna nieregularność w moim biurze. Oparłam głowę o fotel. Boże jaka jestem zmęczona, bolą mnie plecy i szyja... Ale nie będę się okłamywać, lubię to uczucie. Lubię być zmęczona i przeciągać ciało z masochistyczną radością. Może to dlatego, że wracając do domu nie chcę mieć siły na zastanawianie się... Na szczęście czuwa nade mną kapitalistyczne błogosławieństwo dziesięciogodzinnego dnia pracy, oraz przebywania w zasięgu szpiegowskich sieci komórkowych i internetowych... Pomyślałam o Człowieku z lasu, nie napisał maila od kilku dni, nie zadzwonił... jak dobrze... kolejne zastanawianie się i wątpliwość potrzebna do cierpienia...

- Nie uwierzysz, jaki prezent dostałem od mojej cichej wielbicielki.

W drzwiach stał Rafał niedbale oparty o futrynę, z nie do końca zapiętym rozporkiem i ołówkiem za uchem.

- Nie uwierzę... bo nigdy na oczy nie widziałam tego typu zabawek. Odparłam spokojnie.

- I tu się zdziwisz, nic związanego z Twoimi perwersyjnymi myślami.

- W takim razie na pewno nie zgadnę, każdy inny prezent byłby polityczną prowokacją i przypuszczeniem, że jednak ktoś posądza cię o posiadanie inteligencji, szczątkowej, ale jednak..

- Dostałem film na dvd z twoją imienniczką, ten sam, który oglądali w pierdlu w "Skazani na Shawshank".

- Więc to nie moja imienniczka.

- Ta ruda, z rękawiczką do szyi.... Garbo, jestem pewien

- Nie, to była Rita Hayworth, a banalna scena z rękawiczką przeszła do historii, jako wyjątkowo sugestywna i ma w sobie więcej erotyzmu, niż wszystkie twoje podboje, i tu mam dylemat jak je nazwać, bo nawet seksualne będą dla ciebie komplementem.

Zaśmiał się głośno.

- Długo jeszcze z nami zostaniesz?

- Na tyle długo, by moimi odpowiedziami wymodelować ci brzuch w kaloryfer.

- Wiesz, Greta, ja naprawdę cię lubię, uważasz mnie za gnoja i łazęgę i rzeczywiście taki jestem, ale byłoby zajebiście jakbyś od czasu do czasu zmieniła ten uszczypliwy ton.

- Rafał, wiesz, ja, też naprawdę cię lubię, ale proszę nie mów do mnie w ten sposób, bo ze wzruszenia pierdolnę na zawał. Odpowiedziałam patrząc mu w oczy.

Popatrzył chwilę obrócił się na pięcie i poszedł. O Boże, no i kolejna klapa. A miałam nie przeklinać, zawsze wydawało mi się to poniżej człowieczej godności, ale też jedynie przekleństwa ratują mnie przed zagotowaniem się od wewnątrz, zwłaszcza, gdy wymawiam literkę "r", z iście szkockim zacietrzewieniem. Otworzyłam segregator ze spisem materiałów potrzebnych do produkcji i drugi z cenami. Patrzyłam na zestawienia. I jedyne co czułam to zapach kartek i moje perfumy. Dziś nie zrobię chyba już nic więcej. Może w końcu pójdę do tego baru, który zawsze mijam po drodze. Moja samotność onieśmiela mnie przed wejściem tam. Może zadzwonię do Piotra, wiernego szczeniaka, który zawsze przybiega, gdy tego zechcę. A może dziś jego oddanie będzie mnie brzydziło tak bardzo, że zrobię cos zupełnie innego, na przykład poderwę kelnera, albo jakiegoś nieudacznika w barze, a później będę mieć wyrzuty sumienia... Jest tyle możliwości, zastanawiam się czy inni ludzie też chcieliby lub z nich korzystają.

Pochowałam zestawienia, wrzuciłam długopisy i ołówki do pojemnika, jak makaron spaghetti do garnka... Pozostało tylko zgasić światło i mój oficjalny dzień zniknie. Gdyby to był kadr z filmu, zostawiłabym w popielniczce dogasającego papierosa i cień moich butów pod drzwiami...

Tagi: Edyta Szałek, sen zielonych powiek, debiut, książka, książki, powieść, fragment, Zwierciadło, fan,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany