Każda kobieta (...) jest najseksowniejsza, jeśli tylko chce - wywiad z Krzysztofem Mroziewiczem

kzarecka

2007-06-25

mroziewicz_160Był taki czas w moim życiu, że raz w tygodniu przez pięć godzin musiałam z Nim przebywać. "Musiałam" to złe słowo. Chciałam. Tak, chciałam przebywać. Słuchać, chłonąć, przetwarzać. Branie i oddawanie? Na swój sposób. Branie i oddawanie może mieć przecież tyle samo znaczeń co wyrażenie "kochać się". Zatem brałam i oddawałam. Przy czym więcej brałam niż oddawałam. I tym razem jest tak samo - więcej wzięłam (bo wydobyłam Jego myśli i słowa, a następnie zlepiłam w całość, którą czytacie), niż oddałam. On - to Krzysztof Mroziewicz. Dla jednych pisarz, dla drugich dziennikarz, dla trzecich dyplomata, dla czwartych agent. Dla mnie - człowiek, który oddał więcej niż wziął.

Katarzyna Zarecka: - Przyznam szczerze, że gdy przeczytałam, ile synonimów ma wyrażenie "robić miłość", to zaniemówiłam. Marzy mi się jednak, aby autor, który w "Ekstazji..." zawarł 38 rozwinięć tych słów, podał krótką, a przede wszystkim swoją, definicję "kochać się". I proszę mi nie wmawiać, że skoro przeczytałam tę książkę, powinnam znać odpowiedź. Pan gra na wyobraźni czytelnika. Tu nie ma dosłowności. Proszę, zatem dokończyć: "Według mnie 'kochać się' to...".

Krzysztof Mroziewicz: - Język polski w zakresie dotyczącym erotyki jest dość prostacki. Rzeczownikowe części ciała oraz akty erotyczne wymagające czasowników opisuje się albo mową żołnierską albo medyczną, przy czy medycyna też jest językowo dość ciężka: srom (wstyd), łechtaczka, moszna, pochwa, nie mówiąc już o anatomii mężczyzny czy o trzech czasownikach oznaczających jedno: j…,p…,p…. W opisie czynności do przyjęcia jest tylko "kochać się", stosowane od niedawna. Inna rzecz, że kobieta w życiu delikatna, wymaga w łóżku języka ostrego i odwrotnie: w życiu odważna podczas aktu pragnie subtelności. "Kochać się" znaczy "kochać ją". Jeśli miłość jest prawdziwa, kobieta odpowie tym samym, wedle reguły Ericha Fromma: miłość to jednoczesne dawanie i odbieranie. Im więcej dajesz tym więcej bierzesz. Jest to postęp w stosunku do opisu miłości w liście św. Pawła z Tarsu do Koryntian, który nie dostrzega wzajemności czyli interakcji:

4Miłość jest cierpliwa, miłość jest dobrotliwa, nie zazdrości, miłość nie jest chełpliwa, nie nadyma się,
5Nie postępuje nieprzystojnie, nie szuka swego, nie unosi się, nie myśli nic złego,
6Nie raduje się z niesprawiedliwości, ale się raduje z prawdy;
7Wszystko zakrywa, wszystkiemu wierzy, wszystkiego się spodziewa, wszystko znosi.
8Miłość nigdy nie ustaje; bo jeśli są proroctwa, przeminą; jeśli języki, ustaną, jeśli wiedza, wniwecz się obróci.
13Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy; lecz z nich największa jest miłość.

Czy miłość to choroba umysłowa? We współczesnych Chinach lansuje się takie właśnie hasło. Gdyby pierwszym słowem było "zauroczenie", zgodziłabym się. Nad miłością się zastanawiam. Co Pan o tym sądzi?

Miłość nie jest chorobą umysłową, ponieważ nie jest chorobą. Jest nadzwyczajnym stanem ducha i ciała. Trwa niekiedy krótko, innym razem, tym lepszym, bardzo długo. Zauroczenie to za mało. Miłość przypomina niekiedy nienormalny stan umysłu, jeśli patrzymy na nią z zewnątrz: "Ona zwariowała!". Nie widzimy natomiast nienormalności, kiedy patrzymy w lustro.

W "Podróżach krajowych" jest pięć historii, w "Zagranicznych" dwadzieścia trzy. Nie jestem matematycznym geniuszem, ale jedno przez drugie policzyć potrafię. Dlaczego tak mało powstało polskich opowieści? Afrodyta upodobała sobie inne miejsca? A mówi się, że to Polki są najseksowniejsze... A może to tylko przeświadczenia o wyjątkowości samych Polek?

Polskich przykładów zebrało się mniej, bo podróżowałem pół życia zawodowego po świecie. Nie wszystkie przykłady nadają się do opisu. Każda kobieta, nie tylko Polka, jest najseksowniejsza, jeśli tylko chce. Ale kogoś, kto zawsze był ciekaw świata, Afrodyta ciągnie w świat. Zresztą w Polsce jest też ciągle bardzo zajęta.

Zastanawia mnie jedno – czy Rosław Szaybo najpierw czytał fragmenty "Ekstazji...", a następnie tworzył swoje prace, czy może powstały one przed poznaniem tekstu? Pod koniec publikacji egzystuje sobie wprawdzie takie zdanie jak: "Zostały one zaprojektowane specjalnie na potrzeby tej książki", ale wydaje mi się, że doskonale dałyby radę zaistnieć jako samodzielne dzieło. Niby inne podeście do tego samego tematu, niby zgodna symbioza... Pałęta mi się to "niby", ponieważ nie wiem, czy to dopełnienie, czy jednak odrębna całość.

Profesor Szaybo też ma swoją Afrodytę, tę z obrazu Boticellego, bez twarzy, której nakładają na głowę koronę Miss Świata. Ale najpierw czytał "Ekstazję" a później dobrał do niej plakaty, w części już istniejące a w części zaprojektowane po lekturze.

Czerwony druk – kto wpadł na ten pomysł? Pan czy wydawnictwo? Bardzo chytry zabieg. Jeszcze mocniej wprowadza w historie, może bardziej pobudza wyobraźnię. To nie jakiś oszałamiająco nowy pomysł, ale godny podkreślenia.

Druk jak i reszta strony graficznej to pomysły Rosława Szaybo.

"Ekstazja..." jest dość droga. Rozumiem, że papier, że druk, że grafiki profesora Szaybo. To wszystko piękne. Nadaje się na prezent. Sama zresztą sprezentowałam komuś tę książkę. Jedyny problem to jednak ta cena. Polacy nie biegają tłumnie do księgarń tak, jak do hipermarketów. Nie obawia się Pan niskiej sprzedaży?

Podzielam Pani poglądy. Dotyczą one suwerennej decyzji wydawcy.

Co Pana pociąga w kobietach najbardziej – ciało, dusza, umysł? A może coś całkiem innego – na przykład sposób parzenia kawy?

Coś, czego nie widać, co trzeba dopiero odkryć. Dusza najbardziej się do tego nadaje, lecz nie w Indiach. Ciało też wymaga odkrywania, nie wspominając już o umyśle.

Jak często spotyka Pan Afrodytę?

To bardzo osobiste pytanie. Mniej więcej raz na dwa lata.

Kolejną książkę już Pan pisze, czy istnieje póki co jedynie w formie pomysłu?

Piszę jednocześnie trzy książki: "Wakacje z agentem", "Od fascynacji do irytacji" (o Karaibach) i "Ucieczkę z Indii". Inne, jako pomysły, jeszcze się nie skrystalizowały.

Opuśćmy wcielenie pisarza i przejdźmy do wcielenia dziennikarza. Otrzymał Pan honorową legitymację Polskiej Agencji Prasowej. Numer drugi. Tuż obok po prawicy i lewicy – Kapuściński i Jagielski. Doborowe towarzystwo. Nie trafił Pan tam jednak przypadkiem. Zasłużył się dla PAP-u niczym mądry generał dla swej armii. Informował Pan o zamachu na Jana Pawła II, ale przecież nie tylko. Czy jakieś konkretne komentowane wydarzenie było dla Pana szczególne?

Byłem pierwszym dziennikarzem w Polsce, który podał wiadomość o zamachu na papieża. Byłem pierwszym dziennikarzem w Europie, który powiedział w telewizji, że zamachu na Nowy Jork 11 września 2001 dokonał ibn Laden. I byłem pierwszym dziennikarzem na świecie, który posłał wiadomość o tym, że właśnie zabijają Indirę Gandhi. Na jeden życiorys wystarczy.

I już ostatnie, ale za to typowo osobiste pytanie – zdenerwowanych studentów zabiera Pan w kąt i coś im tłumaczy. Wracają jak zahipnotyzowani. Nigdy nie trafiłam do kąta i z racji tego, że moje studia zatopiły się w nazwie "Przeszłość", już nie trafię. Co Pan tym ludziom opowiada?

Szkoda, że Pani nie trafiła do kąta, ale widać radziła Pani sobie z tremą lepiej, niż inni studenci. To odejście w kąt było odejściem w odrobinę prywatności, która jest potrzebna wtedy, kiedy stosuje się techniki medytacyjne i ćwiczenia z jogi. Przywracają spokój ducha i pewność siebie. Że studenci wydawali się Pani po takich ćwiczeniach zahipnotyzowani, to zapewne tym, że nagle ustawało podenerwowanie i że wracała lub nadchodziła pogoda wewnętrzna ducha, czego jeszcze pięć minut wcześniej nie mogli sobie nawet wyobrazić w przybliżeniu. To jest delikatna gra, której reguł nie można dotknąć, bo zjawi się wtedy Afrodyta.

Dziękuję Panie Krzysztofie.

Pozdrawiam Panią serdecznie.


Recenzja "Ekstazji..."


Tagi: Krzysztof Mroziewicz, Katarzyna Zarecka, wywiad, Ekstazja, Roslaw Szaybo, książka, pisarz, dziennikarz, dyplomata, agent, recenzja,

<< Powrót

Papierowy Ekran 2009

FB PL

Kejos

HaZu

PL zmiany